Wyprawa na Krym

 

Termin: 13-28 września 2008

 

 

Preludium do wyprawy:

 

Pomysł podróży na Krym został rzucony po raz pierwszy przez Grześka podczas wyjazdu tatrzańskiego, który odbył się w ramach KTW 2008. Od razu mi się spodobał i powiedziałem, że chcę jechać. Umówiliśmy się, że spróbujemy jeszcze do tego parę osób przekonać. Ostatecznie w drugiej połowie września na Krym pojechała Ania Szymocha (AKT), Grzesiek Kozłowski (kursant KTW, pomysłodawca), Sławek Kowal (niezrzeszony) i Szymon Rzeźniczek vel Valtharian (kursant KTW). Plan wyprawy dopracowaliśmy wspólnie, bardzo pomogła nam orientacja Sławka w połączeniach kolejowych i rozkładach jazdy na Ukrainie (miał wydrukowane wszystkie potrzebne rozkłady) oraz jego lepsza od naszej znajomość rosyjskiego (zazwyczaj potrafił załatwić wszystko i do tego szybko).

 

 

Dzień pierwszy (13.09)

Katowice – Przemyśl – Medyka – Lwów – Odessa

 

Znając ostatecznie skład osobowy naszej wyprawy i odczekawszy wystarczająco długi okres czasu na niezdecydowanych, którzy i tak się nie zdecydowali, postanowiliśmy wyruszyć do Przemyślą pociągiem o 1:34. Oczywiście jest to skład kursujący na legendarnej w Polsce trasie Przemyśl – Szczecin, tak więc do Krakowa jechaliśmy stojąc, ewentualnie wpółsiedząc w korytarzu. W całym zamieszaniu Ani pękła klamra pasa biodrowego, ale na szczęście odbyło się bez strat w ludziach. Od Krakowa było zwykłe kimanie na siedząco w przedziale. Rano lekko wymarznięci i niewyspani o 7:00 wytaszczyliśmy się na stację i od razu czujnie sprawdzając dworcowy kurs hrywny udaliśmy busem do Medyki. Samo przejście graniczne nie ma w sobie nic nadzwyczajnego, natomiast z pewnością praca „mrówek” jest imponująca. Wszędzie walają się pudełka po wagonach fajek i taśma klejąca, która służy do mocowania owego przemycanego dobytku. Na Ukrainę przechodzimy sprawnie, wypełniamy formularz wjazdowy wpisując jakiś fikcyjny adres hotelu w Kerczu na Krymie jako miejsce docelowe i już jesteśmy po drugiej stronie. Po wymianie jakiś drobnych euro łapiemy za 15 hrywien żółtą marszrutkę do Lwowa. Niby też bus, a jednak już marszrutka 😉 . Półtora godziny podskakiwania na dziurawych drogach i słuchania lokalnego disco z „Moją Ukrainą” na czele przestawia nas powoli na myślenie o tym gdzie się znaleźliśmy.

Lwów, miasto tysiąca zabytków, jak o nim mówią, przywitał nas wspaniałym Żjeleznodorożnyj wokzałem, u nas trudno szukać takich dworców kolejowych jakie są na Ukrainie. Nowoczesny, czysty, a przy tym sprawia wrażenie zabytkowego, architektura pierwsza klasa. Szybko udaliśmy się, z wypisanymi bukwami własnymi nazwiskami i rozkładem jazdy Sławka, do kasy aby zakupić na wieczór bilety do Odessy. I tu spotkała nas miła i niemiła niespodzianka. Nastąpiła reforma systemu kolejowego na Ukrainie. Obecnie nie ma już biletów dalekobieżnych wydawanych na paszport, czy pościeli sprzedawanej osobno przez prowadników. Wszystko jest w cenie biletu i z tym wiąże się ta niemiła niespodzianka – znaczna podwyżka cen biletów. No trudno, wyposażeni w bilety klasy płackartnyj relacji Lwów – Odessa i Odessa – Symferopol, zostawiwszy bagaże w kamera chranienia, udaliśmy się na zwiedzanie Lwowa. Starówka leży kilka przystanków od wokzałów, więc ze względu na ograniczony czas zadecydowaliśmy się na podjazd tramwajem. U jednej babuszki kupiliśmy bilety po 75 kopiejek, a druga nam je sprawdziła, nie wiem jak opłaca im się ten system, ale dla nas to był ekonomiczny cud. Wysiedliśmy niedaleko ratusza i po tym jak minęło nas parę samochodów, których kierowcy ostro dawali po klaksonach i zobaczyliśmy wszędzie biel sukni na rynku, nie mieliśmy żadnych wątpliwości – to był dzień ślubów. Wszędzie młode pary fotografowały się na tle zabytków Lwowa, aż chciało się żenić ;). Widok z wieży lwowskiego ratusza urzeka, chyba rzeczywiście jest tam tyle zabytków, każda kamienica to małe dzieło sztuki, szkoda tylko że tak niewiele z nich jest odnowionych. Wpatrujemy się w wieże cerkwi i kościołów, dostrzegamy bajkowego konia wymalowanego na jednym z dachów, to chyba dobry znak dla naszej wyprawy. Następnie zmierzamy w kierunku Opery Lwowskiej, na głównym prospekcie puszczane jest na telebimie przemówienie „pięknej” Julii, która jak się później okazało prześladowała nas przez całą wyprawę i wszędzie miała swoich ludzi. To, że opera Lwowska jest piękna nie trzeba nikomu mówić, fontanna też w ładny sposób wkomponowuje się w plac. Słuchamy przez chwilę przewodnika polskiej grupy zwiedzającej Lwów, ale kiedy zaczyna mówić o jedzeniu stwierdzamy że najwyższa pora zacząć zapoznawać się ze wschodnią kuchnią. Po dość długich poszukiwaniach decydujemy się na knajpkę przy operze w stylu bar mleczny z lat 80-tych. Na talerzu lądują same rarytasy – wołowina z ananasem, sałatki no i oczywiście kartofle ;), popijamy piwo lwowskie i półwytrawne wino, planując dalsze zwiedzanie. Po drodze do jednego z kościołów natykamy się na świnkę rasy wietnamka, która z iście stoickim spokojem daje się fotografować z kotem na sobie, w ten sposób zarabiając na jadło. W kościele trafiamy oczywiście na ślub – jakżeby inaczej, a następnie w jakimś zaułku na uliczne rzeźby sztuki współczesnej – dłonie wyciągnięte w tajemniczych gestach. W końcu wybieramy się na dłuższy spacer i zahaczamy o Kopiec Unii Lubelskiej. Pod nim Grzesiu rozsmakowuje się w kwasie chlebowym sprzedawanym przez babuszkę na rozliw. Niebiesko żółta flaga trzepocze nad nami, piękna pogoda, sielsko i anielsko, ciekawa panorama miasta, tylko zaś wszędzie te panny młode i biegający za nimi fotografowie – „życie” jakby powiedziała Paula ;). W drodze powrotnej na wokzał trafiamy na przedpotopową budkę telefoniczną, takich to chyba nawet za czasów komuny już dawno nie było.

Wyjeżdżamy z Lwowa o 19:45, płackartnyj, miejsca na górze. Wcześniej oczywiście zaopatrujemy się w niezbędnik przetrwania w pojezdach – Grzesiek i Sławek w piwko, a ja z Anią w wino Isabella. Owe dobra zostają otworzone/odkorkowane, ale zmęczenie bierze górę i zasypiamy wlokąc się w stronę największego portu Ukrainy.

 

 

Dzień drugi (14.09)

Odessa – Biełgorod Naddniestrowski – Odessa

 

Wino Isabella kusi tylko i wyłącznie nazwą, bo sądząc po bukiecie nie nadaje się do spożycia ani zaraz po otwarciu ani tym bardziej następnego dnia rano. Zaraz po przebudzeniu musimy się zbierać bo po siódmej jesteśmy już w Odessie. Biała bryła budynku wokzału Odessy w ostrych promieniach słońca robi niesamowite wrażenie. Osobiście nie umiem wyjść z podziwu dla twórców tego arcydzieła, jest wspanialszy niż wiele pałaców czy muzeów, po prostu wręcz emanuje siłą rewolucji. Ogromna sala główna kryje pod kopułą gigantyczny kryształowy żyrandol. Każdy detal i rzeźba zdają się doprowadzone aż do przesadnej perfekcji. Pierwszym celem zwiedzania Odessy jest standardowo kamera schowu, czyli przechowalnia bagaży. Okazuje się że mnie i Grześka policzyli drożej niż przeciętnie, widocznie nie uśmiechaliśmy się tak ładnie jak Ania.

Marszrutkę do Biełgorodu Naddniestrowskiego łapiemy prawie natychmiast. Miasteczko to leży około 80 km od Odessy, a sama jego nazwa niewiele mówi większości Polaków, natomiast o twierdzy Akermańskiej tam się znajdującej słyszał prawie każdy. Posługując się przewodnikiem, przyzwyczajając się powoli do widoków wołg i moskwiczów na ulicach, a także mijając lokalny rynok docieramy pod mury fortecy. Przed wejściem do twierdzy mijamy niedawno odkryte ruiny starożytnego miasta Tira. Sama forteca zbudowana została przez hospodarzy mołdawskich, aby kontrolować ujście Dniestru, a Akermanem nazwali ją po jej zdobyciu Turcy. W środku nie ma praktycznie żadnych zabudowań, kamień poświęcony lokalnej cerkwi, resztki minaretu, zakratowane wejście do lochów i współczesne budy ze średniowiecznymi strojami oraz strzelnica dla kuszników. Przyjemnie jest spacerować po starych podwójnych, grubych murach, czując powiew bryzy, spoglądając na mickiewiczowskie stepy i słuchając krzyku naddniestrowskich mew. Co prawda czasem kłopotliwe wydaje się schodzenie z murów w dowolnym miejscu, ale co tam dla nas 😉 Nacieszywszy się tym spokojem i wdrapawszy się na każdy możliwy skrawek muru schodzimy na dziedziniec gdzie można zobaczyć wystawę machin oblężniczych z dwoma trebuchetami na czele. Ania próbuje także swoich sił w strzelaniu z kuszy. Na awtostancję wracamy przez rynok, gdzie po raz pierwszy poznajemy smak kartoszek z mięsem, kapustą lub prozaicznymi kartoflami. W końcu ćwicząc dogadywanie się z kierowcami bez znajomości rosyjskiego docieramy jakoś do odpowiedniej marszrutki i wracamy do Odessy.

Odessa miasto cudów i perła południa. Miasto niezwykłych kontrastów. Spacerując ulicą Puszkina mijają nas zarówno drogie i bardzo drogie samochody, a także stare i zdezelowane, a często także stuningowane moskwicze. Wysokie kamienice, każda inna, choć większość utrzymana w stylu secesyjnym lub lekko klasycyzującym. Pomnik Puszkina przed muzeum jego imienia jest kolejną okazją do zrobienia zdjęć. Udało nam się także uwiecznić na zdjęciach wypadek na tej ulicy i pracę lokalnej milicji. Ogromny portal wejściowy do Filharmonii Odeskiej szpeci zielona siatka, aczkolwiek orientalne zdobienia wpasowują się w architekturę miasta. Zaskoczył nas widok licznych kasyn, zupełnie nie spotykany w polskich miastach. Schodzimy najsłynniejszym prospektem Odessy w stronę nadbrzeża – ulicą Deribasa, gdzie stoi pomnik tego założyciela miasta. Jakoś pokrętną drogą docieramy w końcu do portu Odessa, skąd widać już słynne schody Potiomkinowskie. Przy Morskim Wokzale zacumowany jest angielski luksusowy parowiec Artemis Hamilton. Sam dworzec morski jest nowoczesny, a nad nim góruje wieża Hotelu Odessa. Od strony morza stoi mała cerkiew marynarska, w ten sposób zaczynamy nasz cerkiewny szlak 😉 Nie zwlekając więcej udajemy się na sesję fotograficzną na schody Potiomkinowskie, w kadrze brakowało nam tylko dziecięcego wózka zjeżdżającego w dół. Następnie testujemy darmową kolejkę jeżdżącą tam i z powrotem wzdłuż schodów. Półokrągły plac wieńczący słynne schody zdobi odlany z brązu pomnik Richelieu. Widząc beczko wozy opróżniające szambo w samym centrum Odessy zauważamy, że nie ma tu żadnych studzienek kanalizacyjnych. Bulwar Nadmorski biegnie szpalerem platanów, których barwy uświadamiają nam dobitnie, że lato już się kończy a zaczyna się jesień. Idąc nim doszliśmy do kompleksu pałacowego Woroncowa, jak się okazało nie ostatniego podczas tej podróży. Kładka, którą opuściliśmy Bulwar Nadmorski obwieszona była mnóstwem kłódek, podobno wieszają je nowożeńcy i wyrzucają kluczyki. Parę ulic potem Sławek starał się zostać gwiazdą rosyjskiej telewizji, z nieznanym nam bliżej skutkiem. Zaczynamy usilne poszukiwanie McDonalda ; Zmierzamy na drugi kraniec Bulwaru Nadmorskiego – pod popiersie A. C. Puszkina i klasycystyczny budynek giełdy. Wciąż szukając McDonalda trafiamy przed Operę Odeską, dzieło przyćmiewające nawet Operę Wiedeńską. Białe rzeźby, reliefy, wszystko tak doskonałe, wręcz idealne, tego nie da się opisać, trzeba zobaczyć. McDonald wciąż poszukiwany, wracamy w stronę wokzałów mijając Centrum Sztuki Orientalnej i wstępując na koszerne ciasteczka do żydowskiej kawiarni. Dopadamy McDonalda niedaleko dworców i pałaszujemy lokalne hamburgery 😉 Kiedy zapada zmrok, a czasu do pociągu jest jeszcze sporo postanawiamy wybrać się na jedną z odeskich plaż. Oczywiście najsłynniejszą jest Arkadia, niestety ze względu na dość dużą odległość i konieczność dojazdu tramwajem decydujemy się na znacznie bliżej położoną plażę Otrada. Przynajmniej możemy się przejść a nie wozić własnych, szacownych czterech liter środkami komunikacji miejskiej. Park schodzący na sam brzeg morza jest wyludniony i pusty, nad nami wiszą dwuosobowe gondole kolejki parkowej. Okazuje się że plaża jest strzeżona i zostajemy przegonieni jak tylko Grzesiek dotyka jednego z leżaków. Niezrażeni siadamy na betonowym molo. Czarne Morze rozświetlone jest światłami kilkudziesięciu statków. Robi się przeraźliwie zimno. W parku znajdują się korty jakiegoś nieznanego nam lokalnego klubu tenisowego (niektórzy twierdzili, że słynnego klubu Czernomorec). Nie mając dokąd pójść, a także mając wśród nas dwójkę fanów wielkiego tenisa, postanawiamy poobserwować z trybun ćwiczenia amatorów. Wracamy na wokzał i okazuje się że nasz pojezd już stoi. Młody prowadnik sprawia wrażenie sympatycznego, dopiero przekonamy się jaka z niego bestia 😉 Napoczynamy w trójkę (Ania, Grzesiek, ja) Niemiroffa z papryczką i miodem, nazwanego przez Anię – Niesmirnoffem. Poznajemy także ukraińskiego poetę, literata i tłumacza – Wołodię. Wdajemy się w długą dyskusję o zawiłościach literatury rosyjskiej, ukraińskiej, polskiej i europejskiej. Przerzucamy się tytułami, żonglujemy bohaterami i powieściami. Okazuje się że Wołodia tłumaczył Hannę Krall i Sienkiewicza na ukraiński, sam tworzy po rosyjsku – w języku wielkich literatów wschodu. Zaprasza nas także na swój występ w koncercie piosenki aktorskiej w Ałuszcie, który ma się odbyć 20.09. Zasypiamy nasyceni dyskusją.

 

 

Dzień trzeci (15.09)

Odessa – Symferopol – Ewpatoria – Cziernomorskoje

 

Ranek przynosi nam bardzo niemiłą niespodziankę. W nocy ktoś zwinął Sławkowi przydziałowe prześcieradło i prowadnik oskarża go o kradzież. Na nic zdają się wyjaśnienia i tłumaczenia, także przy pomocy Wołodii. Przychodzą panowie milicjanci, którzy znajdują się zawsze w każdym pojezdzie dalekobieżnym, próbują coś tam do nas powiedzieć po angielsku, ale nie bardzo im to wychodzi. W końcu musi paść to nieodzowne dla wschodu pytanie – skolka stoit, bo atmosfera robi się gęsta i nieprzyjemna. Sławek płaci 20 hrywien i w końcu mamy spokój. Nie możemy jednak przepuścić bucowi-prowadnikowi i cykamy mu fotę na peronie w Symferopolu. Żegnamy się z ukraińskim literatem i zmierzamy w stronę wyjścia z peronu. Dworzec jak zwykle czysty i nowoczesny nie robi już na nas takiego wrażenia i szybko zgodnie z instrukcjami udajemy się na poszukiwanie kas dalekobieżnych pociągów. Po drodze mijamy wiecznie żywego i do tego w pozie siedzącej Włodzia Lenina. Nie odmawiamy sobie przyjemności spoczęcia na jego kolanach. W kasach znajdujących się w zwykłym bloku jakiś kilometr od wokzału wielkie kolejki i mały wybór co do powrotu, udaje nam się załapać na bilety Symferopol – Lwów na 27.09, miejsca choć nie wszystkie koło siebie to na szczęście są w jednym wagonie. Miejsc w ogóle wolnych na ten pociąg jest zaledwie parę. Zwiedzanie Symferopolu sobie darowujemy i ruszamy marszrutką do Ewpatorii, dyskutując dość burzliwie i intensywnie o tym czy jechać na półwysep Tarchankut do Cziernomorskoje, czy też sobie darować i więcej czasu spędzić na wschodzie.

Na awtowokzale w Ewpatorii udaje nam się wynegocjować kamerę schowania do 19.00, mamy więc 3 godziny na zwiedzanie. Przejechaliśmy się jednotorowym tramwajem, co komplikuje komunikację w tym mieście i zmusza do przesiadek. Przeszliśmy się prospektem znanego nam już Lenina, na rynku płonął karaimski ogień, a na tablicach opisana została jego historia i legenda o Mitrydatesie. Zaliczamy dwie cerkwie na naszym szlaku cerkiewnym – jedną kameralną, a drugą całkiem sporą. Oczywiście zapalam tam świeczki i zaczynam kolekcjonować karty przedstawiające prawosławnych świętych. Zaglądamy także do meczetu, wcześniej delektując się tatarskimi wersjami kartoszek. I tu pojawia się problem natury wyznaniowej. Zostajemy wpuszczeni tylko do przedsionka, nie wolno nam wejść na dywany modlitewne pomimo zdjęcia obuwia. Ania natomiast nie zostaje wpuszczona w ogóle, choć tradycyjnie zakryła włosy jak wzorowa muzułmanka. Cóż nikt nie mówił że będzie łatwo z przełamywaniem barier kulturowych 😉 Niezrażeni zupełnie tym między kulturowym faux pas odwiedzamy najstarszą w mieście aptekę-muzeum zastanawiając się do czego służyły te wszystkie cudaczne urządzenia opisane oczywiście cyrylicą. Jedynym rozpoznawanym przeze mnie urządzeniem jest eksykator, bardzo przypominający te jakie używa się na Medyku do uśmiercania szczurów. Dzielnica karaimska jest kolejnym, jak się później okazało naszym ostatnim, punktem zwiedzania Ewpatorii. Piękne, wąskie i zadbane uliczki, a także bardzo tajemnicze kenasy tworzą prawdziwy klimat tego miasta. W kenasy zapuszczam się tylko z Anią, gdyż chłopaki postanawiają załatwić nam noclegi w dzielnicy karaimskiej. Dla każdego kto chce zobaczyć połączenie synagogi z meczetem odwiedzenie kenasy jest jedyną tego typu okazją. Prostota, orientalna ornamentyka, złote orły, czarne róże i także tajemne hebrajskie napisy wyróżniają ewpatorskie świątynie karaimów. Od miejscowych dowiadujemy się że na nocleg na jedną noc nie mamy co liczyć i pogodziwszy się z myślą o spaniu na plaży (notabene niezbyt ładnej, a z pewnością przereklamowanej) wróciliśmy na wokzał po bagaże. Tam wpadła nam myśl, która okazała się później bardzo słuszną. Postanawiamy jeszcze tego samego dnia podjechać 70 km do Cziernomorskoje i tam rozbić się gdzieś na wybrzeżu. Dostajemy jeszcze bilety na marszrutkę. Podczas jazdy Sławek zaczyna rozmawiać z jakimś nieznajomym, o tym że mógłby nas przenocować i że wynajmuje kwatery. W taki sposób poznajemy Rusłana. Wysiadamy w Cziernomorsku, jest późno a my spragnieni jesteśmy prysznica. Zaczynamy targi i w końcu już na kwaterze zbijamy cenę z 90 na 30 hrywien, do dzisiaj nie wiem czy Rusłanowi i jego żonie było nas po prostu żal, czy może pierwsza cena była mocno naciągana. Warunki są fajne, zasypiamy dokończywszy wspomnianego już Niesmirnoffa.

 

 

Dzień czwarty (16.09)

Cziernomorskoje – Bakczysaraj

 

Rano, po dość wczesnym – zbyt wczesnym zerwaniu się, zostajemy zabrani przez Rusłana na wycieczkę po wybrzeżu Cziernomorskoje. Oczywiście jego kompletnie zdezelowany i unikatowy firmowy busik nie ma sobie równych, a jazda na oponach jest całkiem kuszącą opcją na dobry początek dnia. Rusłan pokazuje nam, oblegane podczas lata, klify. Woda wymyła pod nimi całkiem sporej wielkości pieczary. W morzu aż roi się od meduz (należących zresztą do dość niebezpiecznego gatunku), a nasz przewodnik opowiada o tym skąd najlepiej skakać na główkę. Wybrzeże wydaje się niedostępne i dzikie, aż trudno wyobrazić sobie tam tłumy turystów. Następnie jedziemy na właściwą plażę miejską. W przewodnikach czytaliśmy, że jest duża, piaszczysta i przypomina nasze bałtyckie plaże. Rzeczywiście leży tam trochę piasku, ale daleko jej do polskiego ideału. Rozliczając się z gospodarzem dowiadujemy się ważnej rzeczy o ludziach Krymu (a być może całego wschodu) – kiedy chcemy zapłacić więcej niż ustalone 30 UAH od osoby Rusłan nie przyjmuje pieniędzy twierdząc, że dla niego najważniejsze jest słowo i nasza umowa niż pieniądze, i że w taki sposób myślą i czują jego rodacy. Nie mogąc się oprzeć magii Morza Czarnego i nie bacząc na temperaturę wody postanawiamy się wykąpać. Żegnając się z Rusłanem dajemy mu butelkę Niemiroffa.

Z Cziernomorska wyjeżdżamy marszrutką do Symferopola, a tam pakujemy się do elektriczki do Bakczysaraju. W pociągu tubylcy handlują czym się da, oprócz tradycyjnych kartoszek, melonów i piwa następuje prezentacja urządzenia do cięcia szkła. Godnym odnotowania jest także fakt umieszczenia w każdym wagonie przycisku wzywającego milicję, co świadczy o wielkim zaufaniu państwa do swoich obywateli 😉

Wieczorkiem na peronie w Bakczysaraju zaczepia nas pewna kobieta proponując kwatiry. Z racji zbyt małej ilości ofert (była tylko ona) i utargowania całkiem przystępnej ceny zgadzamy się na dwa noclegi. W końcu to Bakczysaraj i jest tu tyyyyle do zwiedzenia. Kwatiry okazują się ogródkami działkowymi, gdzie otrzymujemy jedną komnatę pod kluczem i dowiadujemy się dwóch rzeczy – primo możemy robić co nam się żywnie podoba, nie obchodzi to właścicielki, secondo – mamy nie kupować czieburieków u ulicznych babuszek, ze względu na możliwość zatrucia się. W nocy wypadamy jeszcze na miasto i zaopatrzeni w litr miedowuchy, konsumujemy ją na kwatirze. Kupione solone i suszone kalmary nie robią kariery w naszym menu. Okazuje się, że chodzenie po zapadnięciu zmroku po krymskich miastach wymaga albo kociego wzroku, albo noktowizora, ewentualnie czołówki.

 

 

Dzień piąty (17.09)

Bakczysaraj

 

Zerwaliśmy się dość wcześnie, pogoda była wspaniała – jeden z najcieplejszych naszych dni na Krymie. Do Chan Saraj (Pałacu Chanów) było 3 km. Przed bramą zaczepił nas młody chłopak reklamujący lokalną tatarską restaurację. Wspaniały, orientalny i bardzo oryginalny kompleks pałacowy chanów Złotej Ordy uznawany był przez Rosjan za budowlę prymitywną (caryca Katarzyna II kazała sobie wybudować osobny pałac w Bakczysaraju, aby nie mieszkać w „domu barbarzyńców”). Zachwyca nie tylko harem i wyposażenie wnętrz, czy sala dywanowa, na mnie największe wrażenie zrobiły wrota poselskie, rzeźbione w drewnie i kamieniu. Niestety nie udało się nam wejść na teren meczetu i położonego obok niego cmentarza chanów krymskich, tego dnia były nieczynne.

Lekko zgłodniali i z perspektywą zwiedzania skalnych miast udaliśmy się do wspomnianej tatarskiej restauracji w celu skonsumowania tradycyjnych czieburieków. Siadamy na poduszkach po turecku, przy niskim stoliku (zupełnie jak w polskich herbaciarniach). Obok jedzą coś tatarki ubrane w czador i hidżab. Czieburieki to takie duże pierogi z mięsem lub rzadziej z serem (głównie bryndzą) smażone na głębokim tłuszczu. Zamawiamy do tego herbatę z lokalnych ziółek, gdyż na pytanie Grześka o lokalne piwo, dowiadujemy się że w muzułmańskiej knajpie alkoholu nie dostaniemy. Idziemy w górę doliny, po obu stronach wznoszą się skalne urwiska. Dolina dzieli się na dwa wąwozy, podjadając śliwki prosto z drzew, wchodzimy w niewłaściwą odnogę doliny bakczysarajskiej. Wracamy jednak na szlak i dochodzimy do Uspieńskiego Monastyru. Klasztoru i sanktuarium wykutego w skale. Przy nim znajduje się źródło z wodą o którym wspominała nam gospodyni naszej kwatiry. Spotykamy tam sporą grupę Polaków, których przewodniczka Ludmiła (Ukrainka) całkiem ciekawie opowiada o tym miejscu. Oczywiście z zupełnym brakiem zainteresowania ze strony prowadzonej przez nią grupy. W niewielkiej, malowniczo położonej klasztornej cerkwi nie wolno robić zdjęć, a miejscowa babuszka stacza walkę o przykrywanie przez kobiety głów chustami. Mimo tego, że jest to jedno z najstarszych i najważniejszych świętych miejsc na Ukrainie, do tego oblegane przez turystów, zupełnie nie odczuwam komercyjnej atmosfery tak wyczuwalnej w podobnych przybytkach w Polsce. Klasztorne pomieszczenia i korytarze wydrążone w skale ciągną się na długości kilometra, co zrobiło na nas wrażenie dopiero wtedy gdy uświadomiliśmy sobie jakimi narzędziami dysponowali budowniczowie tego kompleksu. Zaopatrzeni w pamiątki – ikonę (Valtharian) i miód (Sławek), ruszamy w stronę Czufut Kale. Tuż przed wejściem do skalnego miasta znajduje się szyb do którego można zejść, oczywiście za odpowiednią opłatą. Wspinamy się pod skalne ściany miasta. System naturalnych jaskiń został znakomicie wykorzystany i rozbudowany przez Karaimczyków. Tych samych, którzy później, po wygnaniu ich przez Tatarów, zamieszkali w Ewpatorii. W czasie gdy Ludmiła produkuje się i wysila dla swojej grupy, staramy się z Grzesiem po wspinać systemem wielopiętrowych studni, kominów i otworów. Stare, nieużywane kenasy – duża i mała świadczą o obecności w tym miejscu tajemniczej kultury Karaimów. Mamy okazję zobaczyć także mauzoleum zbudowane przez Hadżi Gereja (pierwszy wielki chan krymski) dla jego matki. Zaraz za nim znajduje się słynna, mickiewiczowska przepaść Czufut Kale. Pada wzmianka o „Sonetach Krymskich”, widać stąd także nasz cel, odległy jeszcze, Czatyr Dag – Górę Namiot. Wałęsając się tak po lokalnej nekropolii spotykamy Wołodię, z grupą rosyjskich i ukraińskich (jest tam też jeden Polak) pisarzy. Są właśnie na wycieczce przed sobotnim koncertem w Ałuszcie. Jeszcze nie raz będziemy mieli wrażenie że ten Krym jest strasznie mały i łatwo tam spotkać poznanych ludzi. Zostawiając Ludmiłę z jej niechętną do jakiegokolwiek wysiłku wycieczką zamierzamy obejść od południa mury skalnego miasta i od wschodu dojść do twierdzy wykutej w skale – Tepe Kermen. Widać że ścieżka jest mało uczęszczana, strażnik na motorku wskazuje nam kierunek w którym mamy iść, okazuje się że mimo jego wskazówek i opisu w przewodniku nie udaje nam się odnaleźć Tepe Kermen. Trafiamy za to do jakiejś farmy osiołków, którymi opiekują się ludzie w mundurach. Pełno wszędzie na Krymie „wojskowych”, czy raczej ludzi lubujących się w strojach militarnych (w moro). Robi się późno. Pijany hodowca osiołków wskazuje nam drogę, którą można zejść do Bakczysaraju. Do zwiedzenia zostaje nam więc wiele skalnych miast rozrzuconych gdzieś w górach wokół Bakczysaraju – Tepe Kermen, Eski -Kermen i słynne Mangup Kale, to tylko przykłady takich osad. Będąc już w centrum miasta zaglądamy jeszcze do lokalu sprzedającego wina na rozliw. Tutaj okazuje się że mamy zupełnie inne gusta – Grześkowi najbardziej smakują wina słodkie (powiedziałbym wręcz likierne), mi z kolei przypada do gustu wytrawny Kabernet z winnicy Massandra. Podobno o gustach się nie dyskutuje, ale nas przez sporą część wyjazdu pochłaniają dyskusje co jest lepsze wytrawne wykręcacze otworów gębowych, czy przecukrzone breje. Po drodze jemy kolację w tej samej tatarskiej knajpie, w której próbowaliśmy czieburieków, każdy zamawia coś innego są więc gołąbki z liści winogron i shurpa – rodzaj zupy z baraniny, która szczególnie smakuje Ani. Nie udaje nam się natomiast dostać legendarnego płowa.

 

 

Dzień szósty (18.09)

Bakczysaraj – Sewastopol – Chersonez Taurydzki – Ałupka

 

Rano budzą nas krople deszczu. Pada dość intensywnie, a ze względu na brak studzienek kanalizacyjnych i odpływów ulice Bakczysaraju zmieniają się momentalnie w rwące potoki. Pakujemy się do elektriczki z zamiarem zwiedzenia miejscowości Inkerman, nie tylko ze względu na znajdującą się tam wspaniałą cerkiew i bardzo oryginalną skalną twierdzę, ale również ze względu na najlepszą na Krymie winiarnię produkującą prawie wyłącznie szlachetne, wytrawne trunki (we wszystkich krajach byłego ZSRR dominuje produkcja win słodkich). Okazuje się że przegapiamy stację, no cóż zdarza się, na ten dzień mieliśmy dość napięty plan więc do Inkerman będziemy musieli wrócić w kolejnej wyprawie.

Sewastopol jest ogromnym miastem znanym przede wszystkim z tego, że to tutaj stacjonuje potężna Flota Czarnomorska, której część należy do Rosji, a część do Ukrainy. Jest to stały punkt zapalny między oboma krajami, do tego wykorzystany w niedawnym konflikcie Rosyjsko – Gruzińskim. Nie zastanawiając się nad tym zbyt długo, po zostawieniu bagaży w kamera schowania, wsiadamy do trolejbusu. Trolejbusy na Krymie to wspaniały wynalazek. Przede wszystkim ze względu na cenę biletu (w obrębie miasta od 50 do 75 kopiejek), po drugie dla nas to po prostu „folklor”, ponadto są zatłoczone (zawsze) i często babuszka-bileterka ma problemy ze sprzedaniem biletów. Nie są wcale tak wolne jak się o nich powszechnie mówi. Wysiadamy niedaleko cerkwi św. Piotra i Pawła, ale mając na razie dość zwiedzania cerkwi postanawiamy spróbować dostać się do pobliskiego meczetu (jedynego w Sewastopolu). Ostatnio udało nam się to ze średnim skutkiem w Ewpatorii. Tutaj jednak meczet jest inny, od razu widać że nie jest on atrakcją turystyczną, jest bardzo autentyczny, używany przez muzułmanów na co dzień, a nie na pokaz. Po zagadaniu do stróża udaje nam się wejść do środka. Zdejmujemy buty w przedsionku, Ania zakrywa włosy, wchodzimy na dywany. Meczet na pierwszy rzut oka wydaje się maleńki i skromny, mihra skierowana w stronę Mekki jest wręcz niepozorna. Dopiero po chwili można dostrzec kunszt i sztukę tego wnętrza. Ściany meczetu, całe wnętrze jest wyłożone z ceramicznych, ręcznie malowanych płytek. Niezwykła ornamentyka każdej płytki i ich całościowy efekt robią wrażenie.

Przechodząc przez centralny rynok zmierzamy w stronę nadbrzeża, nie umiemy się oczywiście powstrzymać od wstąpienia na targ owoców, rozczarowani jesteśmy i wyborem i cenami. Nie udaje nam się znaleźć tanich owoców – poza arbuzami. Dużo sprzedaje się tu soku z granatów, tańszego niż same owoce. Ogólnie przekonani byliśmy że wrzesień jest miesiącem tanich owoców na Krymie (tak było napisane w przewodniku), również z tymi faktami rozminął się autor przewodnika.

Mijamy pomnik upamiętniający 300-lecie Rosyjskiej Floty Czarnomorskiej, dzień jest bardzo ponury, co chwila pada deszcz. Wchodząc na nadbrzeże zauważamy Potato House, ale za wcześnie jeszcze na obiad, zajrzymy tam później. Wszystko w tym mieście kręci wokół tego jednego – Cziernomorskiego Fłota, wszędzie powiewają rosyjskie flagi. Miasto jest młode, a nawet bardzo młode jeżeli liczy się je krymską miarą czasu – starożytną miarą. Większość zabytków na Krymie jest stara, pochodzą z czasów greckich koloni lub okresu wszechwładzy Złotej Ordy, a Sewastopol mimo że został zbudowany w XIX i XX wieku chciałby także być postrzegany jako miasto zabytków. Tak więc idąc Nbierieżnaja Korniłowa dochodzimy do delfinarium do którego wejścia strzeże rzeźba trójgłowej poczwary (trochę tandetna zresztą). Rezygnujemy z obejrzenia pokazu w delfinarium (delfiny naturalnie występują w Morzu Czarnym). Kolejnym mijanym przez nas budynkiem jest Instytut Badań Biologii Morskiej, w którym pracuje wielu naukowców z Polski. Na jego tyłach znajduje się Oceanarium (Akwarium). Po zdobyciu przez wszystkich ulgowych biletów (Sławek wchodzi na legitymację Grześka) możemy podziwiać egzotyczne dla nas gatunki ryb żyjących nie tylko w Morzu Czarnym, ale także np. Jesiotra Amurskiego (Bieługę). Trzeba przyznać, że miło jest tak pooglądać sobie różnorodność morskiego świata. Na zakończenie zwiedzania można zobaczyć też żółwie, legwany, małego pytona i całkiem sporych rozmiarów krokodyla (mieszkającego zresztą w terrarium z żółwiami). Żal nam tylko tych wypchanych, ogromnych żółwi wiszących na ścianach.

W porcie od razu rzuca się w oczy postawiona na podmorskiej skale kolumna z odlanym na jej szczycie carskim orłem. Jego wzrok, a także cała sylwetka skierowane są ku morzu, rozkłada skrzydła, wypatruje statków, nadaremnie jednak. Statki na, które czeka dumny ptak nigdy nie powrócą – to pomnik Zatopionych Okrętów. Wchodzimy na Plac Nachimowa – dowódcy, jak można się oczywiście domyślić, rosyjskiej floty. Nad samym morzem stoi postument z rosyjską flagą – ku sławie Rosji. Przez bramę Portu Grafa wychodzimy na tę część sewastopolskiego nadbrzeża, gdzie cumowały okręty wiozące posłów, delegatów i innych vipów. Można stąd rzucić okiem na szare wojenne okręty Floty Czarnomorskiej, kiedyś największej floty na świecie, teraz rdzewiejących i niszczejącej na wodach zatok wokół Sewastopola. Okrętów jest kilkaset, połowa z nich należy do Ukrainy, a ta druga, w lepszym stanie połowa do Rosji. Widzieliśmy tylko dwa pancerniki i parę mniejszych jednostek, ale oczywiście Zatoka Południowa jest bardzo długa, a po drugie znacznej większości rosyjskich okrętów nie było wtedy w porcie – pilnowały gruzińskiego wybrzeża. A konflikt o flotę ostatnio z każdym dniem narastał. Prezydent Ukrainy zakazał wpłynięcia z powrotem do Sewastopola okrętom uczestniczącym w wojnie z Gruzją. Ciągle niewiadomo jak sytuacja się rozwinie. Rosjanie dzierżawią sewastopolski port do 2017 roku i marzą o przedłużeniu tej umowy, Ukraina mówi na razie jednomyślnie – niet. Agresja w mieście rośnie, rosyjscy marynarze są uczestnikami wielu przestępstw (Sewastopol to najniebezpieczniejsze obok Dżankoj miasto półwyspu). Wracając schodami Portu Grafa podchodzimy pod wybitnie socrealistyczny monument – Pomnik Bohaterskiej Obrony Sewastopola 1941-42. Młodzi „harcerze” pełnią wartę przed pomnikiem, akurat załapujemy się na jej zmianę. Wszystko tu przypomina o potędze imperium – tandetny ogromny pomnik, gwiazdy na podestach ustawionych obok, wykute w kamieniu nazwy takich miast jak Moskwa, Leningrad. Przechodzimy obok pomniku Carycy Katarzyny i Muzeum Czarnomorskiej Floty, oczywiście. Po schodach i minięciu pomniku dumnego towarzysza Lenina wskazującego, jak zwykle, jedyny słuszny kierunek dochodzimy do Soboru Świętego Włodzimierza. Cerkiew duża, ale nie wywiera na nas jakiegoś specjalnego wrażenia. Nie mogę się jednak powstrzymać i kupuję mała ikonę św. Włodzimierza, zwłaszcza że przypomina mi pisarza Wołodię 🙂 Zabieramy się jednym z trolejbusów do dość odległej dzielnicy Sewastopolu skąd można podejść na półwysep Chersonez. Grupa, a zwłaszcza Ania, zaznaje chwilę odpoczynku od mojego gadania („marudzenia”), bo wpada mi coś do oka, co raczej nie nastraja mnie do rozmowy. Za wejście na teren półwyspu się płaci, ale naprawdę warto. Wykopaliska archeologiczne są całkiem spore i choć oczywiście daleko im do starożytności Efezu, czy chociażby zabytków Grecji, to trzeba przyznać że archeolodzy odkryli całkiem sporą metropolię świata antycznego. Miasto jak na tamte czasy było bardzo nowoczesne – ceramiczna kanalizacja (coś czego obecnie brakuje w wielu krymskich miastach). Pośrodku półwyspu, niedaleko od morza stoi wielka cerkiew św. kniazia Włodzimierza, z pozłacaną kopułą. Gigantyczna budowla jest widoczna z każdego miejsca półwyspu. Chersonez Taurydzki jest miejscem świętym dla prawosławnych, miejscem chrztu Krymu, a także kolebką krymskiej cywilizacji. Cerkiew w zasadzie składa się z dwóch kościołów – ten na dole, który można fotografować to tylko przedsmak przepychu górnej cerkwi, której z kolei fotografować nie wolno (a szkoda). Z kwiatami we włosach przechadzamy się starożytnymi ulicami, choć pogoda nie zachęca do spacerów. Na pamiątkę chrztu Krymu współcześni prawosławni postawili nad samym morzem replikę jakiegoś znanego dzwonu. Wybrzeże trochę przypomina urwiska w Cziernomorskoje, chwila refleksji i zadumy. Jeszcze rzut oka na „zaparkowane” w małej zatoczce dwa okręty marynarki wojennej i przejście się wokół starożytnego amfiteatru. Wracamy do miasta marszrutką. Idziemy zjeść do Potato House, oczywiście zamawiamy ziemniaki, jakieś żarkoje, jakieś pieczone kartofle itp. Wracamy po rzeczy i na awtowokzale kupujemy bilety do Ałupki, jest już późno kolejne jadące w tamtą stronę busiki zapchane, w końcu podjeżdża nasza marszrutka. Młodzi Rosjanie wesoło coś sobie opowiadają, piją wino, zwiedzają Krym – tyle zrozumiałem z ich rozmowy.

Zapada noc, jedziemy prawie dwie godziny. Po drodze widzieliśmy jakieś skały, skaliste wybrzeża i góry, ale wszystko tonie najpierw w półmroku, a potem w zupełnych ciemnościach. Wysiadamy gdzieś wysoko, jakby nad miastem, nad wybrzeżem. Schodzimy w dół. Jest późno, nikt tu na nas nie będzie czekał, nie zaproponuje kwatiry za rozsądną cenę, cieszy nas to. Po to właśnie taszczyliśmy ze sobą namioty, aby w końcu z nich skorzystać, po tych wszystkich dniach luksusów i rozpuszczania się. Nadszedł czas na wymarzony nocleg na plaży. Po minięciu paru przecznic i zejściu dość dużej różnicy wysokości (Ałupka jest zbudowana na całkiem stromym urwisku) jakiś człowiek wskazuje nam wejście na plażę. Wśród świateł nocy dostrzegamy tylko podświetloną cerkiew, to daje nam pojęcie o tym że znajdujemy się gdzieś na zachodnim krańcu miasta. Plaża okazuje się oczywiście kamienista i wąska. Idąc nią szukamy dobrego miejsca na rozbicia namiotów, mijamy już jakiś amatorów spania na kamieniach. Morze jest dość wzburzone, wieje silny wiatr, dochodzimy do żelaznego ogrodzenia. Na urwisko prowadzą schodki, ale nie ma tam miejsca żeby się rozbić, stoją tam jakieś dacze. Pozostaje nam ten wąski skrawek między morzem, a skałą. Wciskamy namioty koło ogrodzenia. Okazuje się, że jeden z masztów mojego i Ani namiotu jest złamany, no cóż jakoś udaje się go sklecić, na razie nie ma jak go naprawić. Obkładamy go kamieniami. Siadamy wszyscy w namiocie Grześka i Sławka, nasłuchuję niespokojne fale i wyglądam co pewien czas na zewnątrz, aby upewnić się czy nasz mały namiocik jeszcze stoi. Tej nocy rozprawiliśmy się również z całkiem smaczną cytrynówką.

 

 

Dzień siódmy (19.09)

Ałupka- Aj Petri – Bolszoj Kanion Kryma

 

Rano powitał nas wspaniały wschód słońca, ciepło jego promieni rozchodziło się po całym wybrzeżu, aż nie chciało się ruszać z plaży. Morze było bardzo spokojne, cichy szum fal. Mieszkanki pobliskiego namiotu odprawiały modły w stronę słońca. Na północnym wschodzie, ponad Ałupką wyrastała potężna ściana góry Aj Petri. Jej wysokość nad poziomem morza na mapie może nie robi wrażenia – 1234 m, ale fakt że wyrasta ona właśnie z nad morza, jest to fantastyczna, 1000 metrowa pionowa, skalna ściana. Poniżej Aj Petri, nad brzegiem morza znajdował się nasz pierwszy cel tego dnia – pałac Woroncowa, otoczony pięknym parkiem. Po konsumpcji śniadania i wejściu na urwisko zmierzamy właśnie w jego stronę. Woroncow jak już wspomniałem wcześniej był gubernatorem całej Nowej Rosji, pierwszą osobą po carze. Miał zamiłowanie do piękna w ogóle, pięknej architektury w szczególności, do lwów i okrucieństwa. Mówiono o nim po prostu, że był złym człowiekiem. Jednak pałac jaki wybudował w Ałupce zachwyca swym stylem. Chłopaki stwierdzają, że pochodzą tylko po parku, mnie i Anię natomiast ciągnie do zwiedzania pałacu. Udaje nam się zostawić bagaże u ochrony obiektu i razem z rosyjskojęzycznym przewodnikiem, tylko taka jest możliwość zwiedzania, wchodzimy do środka. Pałac z zewnątrz zbudowany jest w dwóch stylach. Od tyłu dominuje surowy, angielski neogotyk epoki romantyzmu (Woroncow uczył się w Anglii), od fasady z kolei zachwyca styl mauretański, arabskie łuki, ornamenty. W środku zabytek również jest niczego sobie. Dużo portretów Woroncowa, jego żony (w jej komnatach mieszkał Churchill podczas Konferencji Jałtańskiej), portret carycy Katarzyny, Branickich, małe egzotarium z posągami. Przewodnik jest lekko nawiedzony, pewnie jak większość przewodników na Krymie. Wychodzimy z egzotarium na taras przed fasadą, od strony morza. Dookoła pełno zieleni, zadbany, ciekawy park. Poniżej nas morze, nad nami białe skały Aj Petri, mauretańskie łuki fasady i schody zwieńczone posągami lwów. Stoimy na ich szczycie. Podobno Woroncow oprócz władzy kochał tylko lwy, hodował kilka, karmił je ludźmi, taki miał kaprys.

Po spotkaniu z Grzesiem i Sławkiem, już razem, idziemy na marszrutkę, pod Aj Petri trzeba podjechać, mimo że wydaje się tak blisko. Po drodze kupuję krymską wersję super glue i mocną taśmę klejącą z zamiarem naprawy namiotu. Grzesiu dalej pielęgnuje swoją słabość do kwasu chlebowego, zastanawiając się potem czy to co pije, nie jest przypadkiem koncentratem kwasu. Ani i mi udaje się natomiast dostać lody w czerwonym opakowaniu, z sierpem i młotem i napisem CCCP. Ostatecznie olewamy, z powodu przekroczenia jakichkolwiek norm w ilości pasażerów, marszrutkę i idziemy pieszo.

Na całym obszarze byłego ZSRR znajdują się tylko dwa cudy sowieckiej techniki linowej. Chodzi mi oczywiście o kolejki górskie, jedna z nich biegnie pod szczyt Elbrus na Kaukazie, a druga właśnie na Aj Petri. Czekając po bilet spotykamy dziewczyny poznane w Bakczysaraju (rusycystki), znów okazuje się jaki ten Krym mały. Kupujemy bilety, również na bagaż, ponieważ nie mamy zamiaru wracać do Ałupki, a tym bardziej kolejką. Wejście do takiego wehikułu wymaga nie mniejszej odwagi niż wspięcie się bezpośrednio ścianą Aj Petri, a z pewnością jest bardziej niebezpieczne. Do stacji pośredniej jedzie się wagonikiem zawieszonym na linie umieszczonej na masztach, natomiast do stacji górnej wagonik nie mija żadnych masztów i przęseł, liny zwisają w przestrzeni między skałą, a niebem. Widoki zapierają dech w piersiach, morze, niebo, białe skały i zielone winnice. Wiatr delikatnie kołysze wagonikiem. Górna stacja kolejki znajduje się 100 m pod wierzchołkiem, trzeba oczywiście zapłacić za wejście na niego, rezygnujemy z tej przyjemności. Na jajle, wokół stacji, rozłożone są stragany, knajpki, budki, wielbłądy i… wystawa starych, luksusowych samochodów i motocykli. Po kontemplacji widoku z góry głodniejemy i w jednej z knajpek udaje nam się dostać płowa. Potrawa nie zachwyca, wręcz przeciwnie, za to wino jest całkiem niezłe. Mamy długą drogę przed sobą więc zbieramy się szybko. Idziemy pagórkowatym terenem, słowo „jajła” oznacza płaskowyż. Na rozstajach spotykamy grupę kilkunastu Polaków z Trójmiasta, korzystając z tego samego (beznadziejnego) przewodnika Bezdroży obrali podobną trasę i realizują ją o dzień przed nami. Czwórka z nich zamierza pójść do Wielkiego Kanionu Krymu, tak jak my. Reszta wraca do Jałty na nocleg. Odległość do Kanionu szacujemy na jakieś 10 km, mapa nie jest zbyt dokładna. Ruszamy pierwsi, niedługo potem zatrzymuje się przy nas stary moskwicz i jej kierowca składa nam kuszącą aczkolwiek zbyt drogą dla nas propozycję transportu do Kanionu. Na wzniesieniu nad nami góruje obserwatorium astronomiczne, posiadające podobno największy teleskop na świecie. Po drodze spotykamy dzikie konie, biegają wolne po pustkowiach Aj Petri. Jakiś czas później, mijamy skałki na które fajnie byłoby wejść, niestety nie udaje się, aczkolwiek próbowałem 🙂 Droga wije się serpentynami. Z całej trasy najbardziej zapamiętałem chyba to, że nuciłem piosenki SDM-u, za co zostałem przez Anię nazwany marudą. Zmierzcha się. Niedługo potem zatrzymują się dwie łady niwa. Proponują najpierw cenę niemożliwą do zaakceptowania, ale jak jedni odjeżdżają, to pada całkiem atrakcyjna oferta, zgadzamy się. Podróż jest trochę surrealistyczna. Bagaże nie wchodzą na do bagażnika, więc jeden z plecaków ląduje z nami na tylnim siedzeniu. Moskwicz dużym samochodem nie jest, siedzenie pasażera z przodu jest zajęte, w czwórkę „sadowimy” się z tyłu. Całą podróż przy dźwiękach rosyjskiego disco i na szalonych serpentynach najbardziej zapamięta chyba Grzesiek, przeżył ją w pozycji „na Małysza”, opierając się rękoma i pochylając się nad kierowcą. Jak się okazało do Kanionu było dalej niż przewidywaliśmy około 25 km, serpentyny nie były zaznaczone na mapie. Zrobiło się zupełnie ciemno, przy wejściu na teren rezerwatu spotkaliśmy czwórkę Gdańszczan, którzy wcześniej niż my złapali okazję i właśnie wracali z Bolszoj Kanion Kryma. Byli na lekko (z małymi plecaczkami) i postanowili, z braku innej opcji, wracać pieszo do Jałty. Idziemy w góry. Ciągle jest bardzo stromo, jak to w kanionie, mimo że w zasadzie dopiero podchodzimy pod niego. Nie ma gdzie się rozbić. W końcu znajdujemy kawałek miarę równego terenu, ale tylko pod jeden namiot, chłopaki rozbijają tam swój schron, a Ania i ja stawiamy namiocik (trochę już posklejany) na zboczu, tuż nad urwiskiem. Idziemy spać. O 3 w nocy budzę się leżąc na ścianie namiotu, a Ania obsuwa się na mnie, cała sytuacja wydaje się komiczna i pewnie poszedłbym spać dalej, gdyby nie to że przypominam sobie o urwisku pod nami. Zrywamy się więc i stawiamy namiot na nowo. Śpimy raczej ostrożnie, starając się nie ruszać zbytnio w środku namiotu.

 

 

Dzień ósmy (20.09)

Bolszoj Kanion Kryma – Jałta – Massandra – Przełęcz Angarska

 

Rano zbieramy się dość szybko, aby uniknąć ciekawskich turystów ciągnących szlakiem obok obozowiska. Nie spotykamy jednak żadnych ludzi. Dochodzimy do części głównej kanionu, ściany stają się pionowe, a dnem płynie górska rzeka. Mijamy też stary, zardzewiały drogowskaz z napisem Wanna Młodości. Po pewnym czasie dno kanionu wydaje się jednorodną skałą z kilkunastoma płytkimi zagłębieniami wypełnionymi wodą. Jedno, całkiem głębokie zagłębienie tworzy ową Wannę Młodości (temp. wody 9°C), leży ona za małym wodospadzikiem. W pobliżu miejscowi rozkładają pod czerwoną płachtą kramik z czajem i słodyczami. Początkowo z Sławkiem, a później z Grzesiem szukam przejścia na drugą stronę Wanny Młodości, w głąb Kanionu. Udaje nam się. Idziemy dalej, jacyś śmiałkowie skaczą do Wanny Młodości, legenda mówi że ten kto się w niej zanurzy odzyska młodość. Przebywamy dość spory kawałek, Ania i Sławek czekają na nas z plecakami. Poziom wody nie jest wysoki, a białe skały imponująco wysokie, jest parę trudniejszych miejsc, ale Kanion wije się dalej. Wracamy. Z Kanionu wychodzimy innym szlakiem, niż żeśmy przyszli, i tu zaskoczenie, natykamy się na kosz na śmieci umieszczony przy szlaku, rzecz nie spotykaną w Polsce. Widać że miejsce jest dość popularne, zaliczamy parę mijanek z licznymi grupami. Kiedy dochodzimy do miejsca, gdzie poprzedniego dnia wchodziliśmy na teren rezerwatu próbujemy załatwić sobie transport do Jałty, cena znów jest zaporowa i propozycja dotyczy tylko Aj Petri. Nie decydujemy się na to, czekamy. Zatrzymuje się jakiś Tatar z synem, jadący bardzo luksusowym samochodem. Kiedy słyszy, że jesteśmy Polakami godzi się żeby wziąć trójkę z nas, ale w końcu bierze całą czwórkę. Droga jest długa, do Jałty zjeżdża się widowiskową drogą liczącą 450 zakrętów. Okazuje się, że nasz kierowca jest właścicielem firmy, która zajmuje się sprowadzaniem eleganckich drzwi z Polski. Fajnie rozmawia się z nim i po polsku i po angielsku. Zatrzymujemy się na chwilę nad Jałtą, aby podziwiać widoki. Wspaniały, zielony Aju-dag wynurza się z morza. Wysiadamy w centrum Jałty, Tatar nie bierze od nas ani kopiejki za przejazd. Na nadbrzeżnym deptaku, tuż przed pomnikiem wiecznie żyjącego Lenina, odbywa się Festiwal Niemieckiej Muzyki Ludowej na Ukrainie. Przypominamy sobie, że to właśnie dzisiaj odbędzie się koncert Wołodii w Ałuszcie, jeszcze nie wiemy czy tam pójdziemy. Obok sceny festiwalowej rozstawione są jakieś stoiska z XVIII-wiecznymi strojami, znajduje się tron i każdy może choć chwilę poczuć się jak caryca Katarzyna II lub Piotr Wielki. Same plaże w Jałcie strasznie rozczarowują, są właśnie takimi betonowymi pasami wzdłuż morza. Nie zwlekając idziemy do soboru Aleksander Newski, zaliczanego do jednych z najładniejszych zabytków prawosławia na świecie. Rzeczywiście wyremontowany i zadbany, z całkiem zgrabnymi złotymi kopułkami i bogatym, aczkolwiek nie przesadzonym ikonostasem robi dobre wrażenie. Aczkolwiek mnie bardziej podoba się cerkiew ormiańska, którą zwiedzamy zaraz potem. Znajduje się na wzgórzu, barwy szarego kamienia, prosta, jej ozdoby są bardzo subtelne. Dużo w niej filozofii wschodu ujętej w samą bryłę budowli, w środku także jest taka skromna, to jej ogromna zaleta. Prosty, a zarazem delikatny ornament krzyża nad bramą dodaje tej cerkwi uroku. Po drodze do niej mijaliśmy podobną kolejkę z dwuosobowymi wagonikami jak ta w Odessie. Jałta jest dużym kurortem, nie czujemy się w niej specjalnie dobrze, więc cieszymy się, gdy możemy wsiąść w trolejbus i pojechać parę kilometrów do Massandry. Linia trolejbusowa Jałta – Symferopol, której część właśnie pokonujemy, jest najdłuższą taką linią na świecie, liczy blisko 100 km, a koszt przejazdu całości jest śmiesznie tani (może koło 10 hrywien).

Massandra jest jednym wielkim blokowiskiem zbudowanym nad brzegiem morza, ale nie przyjechaliśmy tutaj dla lokalnego sowieckiego budownictwa. Massandra to przede wszystkim miejsce produkcji znakomitych i markowych win krymskich. Trochę czasu zajmuje nam znalezienie winiarni i muzeum, na szczęście na 19.00 udaje nam się dostać bilety do zwiedzania zakładu. Udaje mi się jeszcze kupić wytrawnego Kabernet. Muzeum sprawia wrażenie dość nowoczesnego i dobrze przemyślanego, ładnie urządzone, wzorce wzięte z zachodu. Jednak przewodniczka opowiada bez pasji, a dla nas dodatkowo barierą staje się język. Zwiedzamy korytarze, których jest bardzo dużo, zarówno na powierzchni jak i pod ziemią, a wypełnione są beczkami pełnymi wina, gotowego do kupażu jak i po tym zabiegu, butelek zarówno tych właśnie wyprodukowanych, jak i starych, zabytkowych win. Rezygnujemy z degustacji wina w winnicy, postanawiamy sami tej nocy trochę podegustować. Zamierzaliśmy spać gdzieś w Massandrze, ale niezbyt kuszące jest spanie między blokami. Postanawiamy jechać trolejbusem dalej, do Ałuszty. W drodze do Ałuszty decydujemy przejechać się jeszcze dalej, na przełęcz z której moglibyśmy następnego dnia zaatakować górę Czatyr-Dag. Wysiadamy na opustoszałym Angarskim Pjerjewale. Szukając starej turbazy natrafiamy na świecące w ciemności UFO. Przy ognisku, siedzą nasi znajomi z Trójmiasta, cała grupa, tego dnia byli na Czatyr-Dagu, na kolejny planują jaskinie. Namioty rozbijamy obok nich.

Polskie spotkania na obcej ziemi są zawsze, a przynajmniej w naszym wydaniu, wylewne, szczere, radosne. Oczywiście nie obyło się bez konsumpcji i degustacji białego piwa, brzozowego Niemiroffa, Kaberneta i doskonałego ponczu z pomarańczami. Opowieściom nie ma końca, jednym z tematów przewodnich jest duża ilość kotów w okolicy, a zwłaszcza dwóch małych, które przyczepiają się do Boruta. Zasypiamy ucieszni spotkaniem, w doskonałych humorach.

 

 

Dzień dziewiąty (21.09)

Przełęcz Angarska – Czatyr-Dag – Mramornaja piecziera

 

Rano jeszcze pośpieszne gotowanie, wspólne pamiątkowe zdjęcie, pożegnania. Ruszamy w drogę, postanawiamy że w jeden dzień zrobimy i Czatyr-Dag, i jakąś jaskinię. Mapa nie jest zbyt dokładna, a zaznaczone na niej szlaki biegną zupełnie abstrakcyjnie i chyba tylko w wyobraźni kartografa, a nie w realu. Zmierzamy jednak w właściwą stronę, wychodzimy z lasu, wdrapujemy się na Czatyr-daską Jajłę, podejście wygląda jak mur z kamieni. Jest mgła, nic nie widać, wieje silny wiatr, mży, a co chwilę pada z większą siłę. Na jajle spotykamy grupę czechów, którzy biwakowali schronieni za jednym z pasterskich murków. Na jajle dość łatwo się zgubić, a przede wszystkim można trafić nie na ten wierzchołek góry, na który się zmierza. Idziemy na najwyższy szczyt Czatyr-Dagu – Eklizi Burun (1527 m n.p.m.). Nie jest to może duża wysokość, ale krajobraz jest trochę przypominający nasze Tatry Zachodnie, bez ich stromych zboczy, a przynajmniej we mgle i w chmurach tego nie widać. Idziemy dość długo, w końcu dostrzegamy tabliczkę we mgle, szczyt. Z jednej jego strony jest ogromne, skalne urwisko, to o nim pisał Mickiewicz w Sonetach Krymskich. Niewiele jednak widzimy ze szczytu, strasznie wieje, cały czas pada. Zaczynamy schodzić i czasem w przerwie między chmurami dostrzegamy, jak w przebłysku, świat pod nami, różny, kolorowy, zielono, złoty, bardzo daleki. Schodzimy najpierw ze szczytu na jajłę, a później w dół. Mijają nas po drodze quady i motory crosowe, co mnie akurat nie przypada do gustu w takim miejscu. Już na drodze do jaskiń znajdujemy paczkę po papierosach marki Watra (ros. BATPA). Zdecydowanie jest to jeden z naszych hitów podczas tej wyprawy 🙂

Jaskiń w regionie Czatyr-Dagu jest kilkanaście, większość z nich nie jest zaznaczona na mapach i trzeba ich szukać w lasach na ogromnym obszarze wokół płaskowyżu. Z braku czasu, paskudnej pogody i dość napiętych planów na kolejne dni postanawiamy zwiedzić jedną z dwóch udostępnionych i przygotowanych dla turystów jaskiń – Jaskinię Marmurową. Robi się wieczór, więc cały czas rozglądamy się za miejscem do rozbicia. Kupujemy i bilety i ze znudzoną i zdecydowanie nie lubiącą swej pracy przewodniczką oglądamy jaskinie. Zdecydowanie pod względem formacji jaskiniowych, nacieków, form i fantazyjnych kształtów jest to najbogatsza jaskinia w jakiej byłem, bijąca na głowę wszystkie jaskinie słowackie. Szkoda tylko że nie mogliśmy wejść tutaj z czołówkami, na dziko. Wśród wszystkich jaskiniowych rzeźb nie mogło oczywiście zapomnieć takich, które nazwano Marks i Lenin. Formy są monumentalne i delikatne, wręcz koronkowe jednocześnie.

Po wyjściu z jaskini siedliśmy w pobliskim barze, wcinamy pielmieni. Zupełnie nie mamy pomysłu na nocleg, pada całkiem intensywnie i nie uśmiecha nam się w takich warunkach rozbijać namioty. Na szczęście dla nas niedaleko jest turbaza i jej kierownik znajduje nas w barze (tuż przed jego zamknięciem) i proponuje tani nocleg – schodzimy do 15 hrywien, nie mając pewności czy nie dało się zejść jeszcze taniej. Warunki są w porządku, choć nie ma wody, cieszymy się jak dzieci bo będziemy susi tej nocy. Żeby to uczcić delektujemy się portwajnem z winnicy Massandra.

 

 

Dzień dziesiąty (22.09)

Mramornaja piecziera – Priwolnoje (Sosnowka) – Ałuszta – Sudak

 

Rano pada nadal, schodzimy do Sosnowki, gdzie możemy złapać trolejbus do Ałuszty. Mijamy jeszcze jakąś pieczerę. Strumienie po deszczach przekształcają się w rwące rzeki, w końcu znajdujemy most i udaje nam się wyjść z dziczy. Zjeżdżamy w dół do Ałuszty, przejaśnia się i udaje nam się dojrzeć masyw sąsiadujący z Czatyr-Dagiem – Dżemerdżi, ze słynną skałą w kształcie carycy Katarzyny II. W Ałuszcie kupujemy od razu bilety na marszrutkę do Sudaku. Mamy jednak do niej sporo czasu. Miasto jest bardzo duże i nie ma w nim specjalnie nic do zwiedzania, więc zgłodniali odwiedzamy jakąś knajpkę. Grzesiek zamawia pierożki, okazuje się jednak że przynoszą nam ukraiński borszcz, bardzo smaczny zresztą. Kufel Obolona także przypada Grześkowi do gustu, więc pyta się barmanki, czy mógłby dostać taki souvenirek z Krymu. Pada cena 10 hrywien (cena za „stłuczenie” kufla) i Grzesiek staje się szczęśliwym posiadaczem szkła marki Obolon.

Zaopatrzeni w litrowe butelki piwa Obolon wsiadamy do marszrutki. Widoki za oknem są sympatyczne, z jednej strony morze, z drugiej góry. Zupełnie się przejaśniło, początkowo jedziemy wzdłuż widowiskowych skał Dżemerdżi. Postój w miasteczku Morskoje jest dla nas zbawieniem (nigdy nie bierzcie na długie trasy marszrutką po litrowym Obolonie:)).

W Sudaku na wokzale rzuca się na nas tłum lokalsów oferujących dość nachalnie kwatiry i komnaty. Początkowo nie potrafimy się na nic zdecydować. W końcu bierzemy ofertę rudego. Okazuje się ona trochę naciągana po tym jak przyjeżdżamy na kwatirę. Początkowo mówił o 20 UAH za komnatę z ciepłą wodą, a okazuje się, że trzeba dać 25 UAH. Trochę zdegustowani jego zachowaniem godzimy się w końcu (udaje nam się wytargować że tylko na jedną noc uff), ale brakuje nam tutaj uczciwości i wiary w słowo Rusłana z Cziernomorskoje.

Po porządnym prysznicu, wieczorkiem idziemy na promenadę w Sudaku i plażę. W końcu czujemy tutaj, że lato jeszcze nie przepadło zupełnie, trwa zabawa i pachnie wakacjami. Ania „podrywa” Palestyńczyka sprzedającego shaurmę, czyli kebab. Wchodzimy z nim w dyskusję na temat nazewnictwa tego tureckiego dania, natomiast shaurmy ma całkiem smaczne. Idziemy dalej i na jednej z ławeczek konsumujemy to co mamy najlepszego. Obserwujemy pokaz sztucznych ogni. Kiedy się już zbieramy dołączają do nas Rosjanie o aparycji skinów, jeden w koszulce z rosyjską flagą, a drugi (z okularami z jednym szkłem) z napisem ‚I love vodka’. Ania robi im zdjęcie, stwierdzając, że to folklor. Wracamy, postanawiam jeszcze zostać na plaży. Okazuje się tutaj, że moja orientacja w terenie trochę zawodzi, próbuję dojść do kwatiry, ale błądzę po jakimś placu budowy. Co prawda ta część Sudaku, w której się zatrzymaliśmy cała wygląda jak jedna wielka budowa. Na szczęście Grzesiek znajduje mnie.

 

 

Dzień jedenasty (23.09)

Sudak – Nowy Swiet – Sudak – Koktiebiel

 

To jeden z najcieplejszych naszych dni na Krymie, bezchmurne, błękitne niebo. Zostawiamy nasze garby na kwatirze i ruszamy na wokzał w poszukiwaniu marszrutki do Nowego Swieta. Mijamy tylko niebieską cerkiew, wokzał znajduje się zupełnie za miastem. Tam czekając na kolejną marszrutkę, dwie pierwsze były przepełnione babuszkami z jakimiś tobołkami i siatkami, natykamy się na dwóch Polaków – braci. Rozmawiamy tylko z jednym z nich. Bracia są klasą samą w sobie, zachwycają się tym, że udaje im się mieszkać w hotelu w Jałcie za 100 UAH od osoby, dowiadujemy się także że w tym hotelu jest odkurzacz i żelazko, a także poznajemy dokładną lokalizację tych użytecznych sprzętów. Bracia jeżdżą po Krymie na jednodniowe wypady ze swojej jałtańskiej bazy, kierowca z hotelu przyjeżdża po nich czarną wołgą. Są już czwarty raz na Ukrainie, pierwszy raz na Krymie, dwa razy byli w Kijowie. Zastanawiacie się pewnie po co piszę to wszystko, otóż jak już wspomniałem bracia to egzemplarze jednorazowe i niepowtarzalne. Ten, który nam to opowiedział stwierdził że tyyyle jest do zwiedzania w Kijowie że można tam siedzieć i 2 miesiące. A wszystko to mówi z niesamowitym przejęciem, lekko zniewieściałym głosem. Oryginał.

Droga z Sudaku do Nowego Swieta wiedzie przez góry na skraju morza, tylko nieliczni kierowcy marszrutek są wstanie ją pokonać. Jest niesamowicie kręta, wąska – mijanki są dość ekstremalne. Cały czas ma się wrażenie, że jedzie się tuż na krawędzi przepaści – zdecydowanie bardziej emocjonujący jest powrót do Sudaku. W Nowym Swiecie lokalizujemy sklep należący do wytwórni szampanów Nowy Swiet i idziemy na Czieburieki. Mamy okazję zobaczyć jak przyrządza się te tatarskie pierogi, smażone w głębokim tłuszczu. Następnie przez plażę kierujemy się do początku Ścieżki Golicyna, pomimo ceny 15 hrywien, za przejście się tą drogą to warto, jest to zdecydowanie jedno z najpiękniejszych miejsc na całym półwyspie. Na początku zbudowano most wiszący do punktu widokowego na morskiej skale. Widoki są powalające. Ogromne skały wystające prosto z lazurowego morza, ścieżka między nimi. Idziemy w stronę Carskiej Plaży. W wielkiej wnęce skalnej hrabia Lew Golicyn składował swoje słynne wina. Był milionerem i alkoholikiem, w XIX w. zaczął w Nowym Swiecie produkcję wina musującego, które miało jakością dogonić francuskie szampany. Tak powstało wino – Krimskoje Igristoje Nowy Swiet. Dzisiaj w kieliszku tego trunku podobno wciąż można odnaleźć dużo przyjemności, w końcu to najlepsze wino musujące krajów byłego ZSRR. Penetrujemy wszystkie zakamarki ‚Ścieżki Golicyna’, Grzesiu i ja wspinamy się na skalną turnię kończącą półwysep. Aż żal jest z stamtąd schodzić. Przy jednym z kramików udaje mi się dostać świetny rosyjskojęzyczny przewodnik po Krymie, a także pocztówki co jest dość dużym wyczynem (na Krymie ciężko dostać kartkę pocztową). Robimy sobie fotki z posągiem Golicyna przed jego zakładem produkcyjnym i wracamy na główną plażę w Nowym Swiecie. Tam pomimo nie najwyższej temperatury wody udaje mi się popływać w Morzu Czarnym, jest cudownie. Idziemy do marszrutki i po przeżyciach drogi powrotnej wysiadamy w Sudaku przy wejściu do Twierdzy Genueńskiej. Twierdza jest dość duża, zbudowana na wielkim skalnym wzgórzu nad morzem. W XIV w. z jej pomocą genueńczycy kontrolowali cały basen Morza Czarnego. Tam również spotykamy braci z ich nieśmiertelnym hasłem – tu jest tyyyle do zwiedzenia i nasze znajome z Bakczysaraju. W twierdzy dominuje obecnie styl komercyjny – straganiki, zbroje do przebierania, strzelnica. Poza tym można pochodzić po murach, zwiedzić małe muzeum z amforami i ceramiką, usiąść w oknie z widokiem na mury i skały, zobaczyć drzewko szczęścia, no i oczywiście wejść na najwyższy punkt w okolicy, czyli na ruiny baszty (strażnicy). Wybieram drogę przez pochyłą płytę, natomiast Grzesiek dołącza do mnie wchodząc rysą (tym samym otwieramy wspin tego dnia, sporo osób chce do nas dołączyć). Panorama jest imponująca. Widzimy prawdziwych wspinaczy walczących z pobliskimi ścianami.

Po zabraniu plecaków z naszej kwatiry idziemy na awtowokzał i jedziemy do Koktiebiela. Przybywamy tam nocą i od razu idziemy na plażę, gdzie oczywiście kwitnie nocne życie. Koktiebiel jest dość rozrywkowy i długo zajmuje nam znalezienie miejsca na końcu plaży gdzie można iść spać. Ciągnie nas do zabawy, dużo jest muzyki na żywo. Szczególnie naszą uwagę zwraca tańcząca kobieta będąca połączeniem Reni Beger i Kazika, knajpiarze chyba płacili jej za rozkręcanie imprezy. Zmęczeni śpimy pod gwiazdami (tylko Sławek z racji ultralekkiego śpiwora kima w namiocie). Mój namiocik nie nadaje się już do rozstawienia, jeden maszt złamał się w sposób uniemożliwiający jego naprawę.

 

 

Dzień dwunasty (24.09)

Koktiebiel – Kara-Dag – Koktiebiel – Szczołkino – Półwysep Kazantip

 

Rano krajobraz wygląda jak po jakimś huraganie, za plażą znajduje się dzikie, nieformalne pole namiotowe dla hipisów i dzieci kwiatów. Słońce stoi już wysoko na niebie zanim udaje nam się zebrać. Mamy bardzo dużą ochotę na przejście się skałami i górami rezerwatu Kara-Dag. Słynie on nie tylko z niezwykłego ukształtowania skał, ale także z występowania w nim jednego z najbardziej niebezpiecznych pająków – Czarnej Wdowy. Wszędzie wzdłuż promenady ustawione są informacje o zorganizowanych wycieczkach z Biostancji (po drugiej stronie gór) do rezerwatu, są one jednak dość drogie. Ponadto słowa zorganizowana ekskursja jakoś nie wydają nam się pociągającą propozycją. Przechodzimy przez całe nadbrzeże, mijając po drodze dość oryginalną drewnianą plażę. Przy wejściu na teren rezerwatu filuje wojskowy. Tablica na płocie wyraźnie informuje o tym, że Kara-Dag jest zamknięty dla turystów i kara za próbę wejścia wynosi 300 UAH. Możemy tylko popatrzeć na wspaniałe, fantazyjnie uformowane wulkaniczne szczyty Kara-Dagu, Czarnej Góry. No cóż postanawiamy zadowolić się znacznie tańszą wycieczką do Złotych Wrót, od strony morza. Przynajmniej w ten sposób możemy podziwiać ogromne skalne ściany wynurzające się prosto z turkusowej wody. Płyniemy motorówką, nasz przewodnik mówi oczywiście tylko po rosyjsku, ale pomimo naszych braków jesteśmy w stanie coś zrozumieć. Niezwykłe uczucie, takie ślizganie się po wodzie. Przepływamy obok wielu skał i formacji, Żaba, Syrenka, Skóra Słonia i górujący nad wszystkim Czarci Palec. Wszędzie pełno jest czarnych kormoranów. Po paru kilometrach dopływamy do Złotych Wrót – skalnego łuku wystającego z morza. Motorówka przepływa pod nim, należy wtedy podobno wrzucić monetę przez lewe ramię. Spoglądamy jeszcze na plażę nudystów, największą w byłym ZSRR (notabene spaliśmy na niej). Śpieszymy się kupić bilety na marszrutkę do Szczołkino, przez Koktiebiel jedzie tylko jedna. Czekając jednak na transport postanawiamy coś wkuszać, przychodzi nam ochota na płowa, przecież dobrego płowa jeszcze na Krymie nie jedliśmy. Znajdujemy wyglądającą na porządną knajpkę. Przy wejściu gotuje się płow, nie wygląda zbyt zachęcająco. Ponieważ menu jest dość obszerne postanawiamy zamówić cokolwiek innego niż ten płow. Pytamy o wybrane pozycje – nie ma. Zmieniamy zamówienie – nie ma. Czieburieków – nie ma, shourpy – nie ma, pielmieni – nie ma, co jest? Słyszymy odpowiedź, że płow. No dobra niech będzie już ten płow. Dostajemy dość małe porcje, po trzy mikroskopijne kawałki baraniny, płow jest gorzej niż średni. Jemy, chcemy zapłacić rachunek, patrzymy a tam doliczona suma za obsługę klientów, taki obowiązkowy napiwek. Oczywiście płacimy tylko za danie. Przezorny kelner jednak sprawdza ile daliśmy i leci do nas z krzykiem, że go oszukaliśmy. Zaczyna się kłótnia po polsku, rosyjsku, z elementami angielszczyzny. W końcu dajemy sobie spokój, stoimy w końcu na ulicy i zaczynamy wzbudzać niezdrowe zainteresowanie. Płacimy wściekłemu kelnerowi połowę na odczepnego. Pakujemy się do niebieskiej starej marszrutki. Zaczyna się upychanie plecaków i jakieś niezadowolone pomrukiwania tubylców, że zajmujemy za wiele miejsca. Po drodze zatrzymujemy się na chwilę w Teodozji, niestety marszrutka stoi tam dość krótko i nie mamy możliwości rzucenia okiem na słynną Złotą Plażę, ale za to z awtowokzału doskonale widać niebieska cerkiew. Waniliowa cola marki Obolon smakuje wybornie. Wrażenie robi też lokalna toaleta rodem z dzikiego zachodu.

Szczołkino miało być miastem potworkiem w naszym wyobrażeniu. Totalnym gniotem i reliktem ZSRR, zostało zbudowane z powodu planów postawienia w tym miejscu elektrowni atomowej. Przez samych komunistów zostało okrzyknięte najbrzydszym miastem Imperium. Stamtąd zmierzamy w stronę plaży we wsi Mysowoje.

Plaża jest szeroka i do połowy piaszczysta (na Krymie rzadkość). Tylko do połowy, bo drugą jej część, tą od strony morza tworzą muszelki, pełno muszelek. Tworzą górki, kopczyki, dolinki i ławice, jest ich naprawdę dużo, można je zbierać pełnymi garściami.

Po drodze na półwysep zaczepia nas jakiś tubylec jadący nową skodą. Dość nachalnie próbuje nas namówić na podwóz, po cenie marszrutki. Popołudnie i wieczór są tak piękne, a okolica spokojna i ciekawa, że aż chce nam się iść. Bardzo długo, wielokrotnie musimy mu tłumaczyć że chcemy przejść się pieszo, w końcu daje za wygraną i wściekły odjeżdża. Mijamy niewielki port, stare, przerdzewiałe łajby dogorywają przy brzegu. Gdzieś z morza sterczą maszty dawnych statków. Wchodzimy na wzgórza i naszym oczom ukazuje się fascynujący widok – pustkowia. Gdzieś w pobliżu gonią się jakieś warchlaki. Niewielkie, faliste wzniesienia porośnięte trawą, rozrzucone wszędzie kamienie ze śladami porostów – dziki, nienaruszony krajobraz Akurat z tego miejsca widok jeszcze psują zabudowania portowe za nami i niedokończona budowa na jednym ze wzgórz. Ale taki właśnie jest charakter całego półwyspu – dający poczucie przestrzeni, wolności i pierwotności natury. Ania została z plecakami, a my szybko jeszcze wchodzimy na najwyższe wzniesienie w okolicy. Zachód słońca nad Morzem Azowskim nie ma sobie równych, wszystko rozpływa się powoli (bardzo powoli) w mroku.

Po pewnych zawirowaniach z miejscem do spania, mój namiocik był w dość opłakanym już stanie, zastanawianiu się czy może jednak nie spać pod „dachem” niedokończonego, opuszczonego budynku i gorącej dyskusji postanawiamy rozbić się na jednym z płaskich klifów tuż nad brzegiem morza, miejsce jest niesamowite, trochę pogoda jakby chciała nastraszyć deszczem, ale w sumie odpuszcza i nie pada. Namioty natomiast z zewnątrz natychmiast są mokre od kropelek morskiej wody niesionych z wiatrem, a wieje nieziemsko.

 

 

Dzień trzynasty (25.09)

Półwysep Kazantip – Lenino – Kercz

 

Poranek jest nadzwyczaj leniwy i długo nie chce nam się zbierać z namiotów. W końcu jednak piękna pogoda, słońce i chęć zobaczenia jednego z ciekawszych na Krymie rezerwatów (zapowiedników) przyrody skłania nas do zebrania maneli. Zapowiednik to rodzaj ścisłego rezerwatu, który można zwiedzać tylko ze specjalnym pozwoleniem i w ogóle poruszanie się po nim i przebywanie w nim podlega niezwykle ścisłym i surowym regulacjom (zakazy w parku narodowym to przy tym pikuś). Oczywiście nie posiadamy żadnego pozwolenia, jednak nasz optymizm nie jest niczym zakłócony, a to z powodu informacji w przewodniku, które podają, że w Zapowiedniku Kazantip regulacje te i przepisy nie są jakoś restrykcyjnie przestrzegane i można spokojnie go zwiedzać. Tak naprawdę ochroną objęte jest prawie całe wybrzeże półwyspu, natomiast pośrodku płaskiej jak stół depresji znajdują się badawcze odwierty naftowe. Oczywiście spaliśmy tuż przy granicy rezerwatu.

Idziemy wzdłuż brzegów, które w tym miejscu mają postać malowniczych klifów. Pełno jest zatoczek, pieczar w ścianach urwisk powstałych na skutek działalności fal, fantazyjnych skalnych form, które obsiadło mnóstwo kormoranów czarnych i jakiś ptaków przypominających mi nury. Sławek i Grzesiek wyrywają do przodu, dziki i piękny krajobraz zdaje się nie mieć końca, pustkowie. Kiedy jednak zaczynamy iść pasmem wzgórz dostrzegamy w dole, w centrum półwyspu odwierty naftowe prowadzone przez Amerykanów na zlecenie rządu ukraińskiego. Podobno jest na półwyspie Kazantip, a raczej pod nim tyle ropy ile nad Morzem Kaspijskim w Baku. Chłopaki znikają za następnym pasmem wzgórz, a do nas nagle znienacka podjeżdża strażnik na starym motorku typu „pierdzik”. Ma karnację wskazującą na to że jest pochodzenia tatarskiego, a może raczej co wydaje mi się bardziej prawdopodobne gruzińskiego. Zaczyna się ciekawa konwersacja, w oczywisty sposób utrudniona przez naszą nieznajomość języka rosyjskiego. Nie chcemy się jednak poddać i opuścić rezerwat, a tym bardziej płacić jakiś głupi mandat, próbujemy wytłumaczyć że w przewodniku i to rosyjskim pisze że można zwiedzać rezerwat, że nic nie wiedzieliśmy o jakimś pozwoleniu. Ania chwyta się nawet dramatycznego gestu i mówi, tu cytat : „no ładne ma pan zdjęcie” (oczywiście pokazał nam legitymację, że jest filancem. Niestety okazał się dość twardogłowy i musieliśmy zrezygnować z dalszego zwiedzania zapowiednika, dobrze, że nam kary nie wlepił. Chłopakom natomiast się udało i obeszli cały półwysep dookoła. Za to Ania i ja mieliśmy okazję popodziwiać amerykańską technikę górnictwa naftowego na ukraińskiej ziemi. Jakoś nie bardzo ktokolwiek się przejął naszym przejściem przez teren odwiertów. Czekając na Grześka i Sławka postanowiliśmy skorzystać z okazji i poopalać się trochę na wzgórzach po drugiej stronie półwyspu z widokiem na obie zatoki Morza Azowskiego.

Z chłopakami spotkaliśmy się dopiero w Mysowojach i dotarliśmy już razem do Szczołkino. Stamtąd zamierzaliśmy marszrutką dostać się do Lenino, a stamtąd do Kerczu. Okazało się że tubylec, który poprzedniego dnia molestował nas z transportem, znów się do nas przyczepił. Oferując nam podwóz do Lenino w cenie marszrutki. Trochę po wybrzydzaliśmy ale w końcu się zdecydowaliśmy. Zdecydowanie pragnął się pochwalić swoją super bryczką sprowadzoną z Niemiec i na bardzo lokalnej, w opłakanym stanie drodze spokojnie wyciągał setkę, sto dwadzieścia, śmiało wymijając wszystkich, nawet tam gdzie nikt inny nie próbowałby wyprzedzać. Tak więc jazda była niezwykle emocjonująca. Po drodze mogliśmy z samochodu zobaczyć ruiny nigdy niedokończonego reaktora elektrowni atomowej, w którym to odbyły się pierwsze koncerty największego na świecie festiwalu muzyki techno „Półwysep Kazantip”, chwalącego się najdroższą dekoracją na świecie – reaktor warty wtedy miliard dolarów. Obecnie festiwal odbywa się w innych miastach i przyciąga techno-maniaczków z całego świata.

Dzięki ekspresowej podwózce naszego kierowcy udaje nam się złapać w Lenino pojezd do Kerczu, jest to pociąg z Moskwy. Oczywiście na stacji biletów nie można kupić, ale prowadniczka jednego z wagonów za pięć hrywien od osoby zgadza się nas przewieść. Z Lenino do Kerczu jest 60 km, podróżujemy w klasie kupe i jest to najtańszy nasz transport w życiu – wychodzi 4,5 grosza za kilometr.

Kercz – gorod gieroj (miasto bohater), jak nazywają go mieszkańcy jest bardzo rosyjskie. Tam czuje się pragnienia i marzenia ludzi o powrocie Imperium. Tam nikt nie mówi po ukraińsku, tam nie ma Tatarów, czy karaimczyków, ani chyba żadnej innej narodowości prócz Rosjan. W Kerczu też mamy poważne problemy ze znalezieniem noclegu. Dla tego miast turystyka chyba nie jest aż tak istotną kwestią i sezon kończy się tam z początkiem września. Nikt na nas nie czeka, nie ma masy babuszek z prywatnych kwater ani na Żjeleznodorożnyj wokzale, ani na awtowokzale. Pytamy, szukamy, trafiamy do jakiegoś małego hoteliku w pobliżu dworca, ale cena jest za wysoka, zdecydowanie (50 hrywien od osoby, trzyosobowy pokój). Sprawdzamy jakąś miejscówkę, aż w końcu trafiamy na zajazd niedaleko stadionu, tam cena też nie jest porażająco niska (45 UAH od osoby za czteroosobowy pokój z łazienką i ciepłą wodą), bierzemy nic lepszego nie znajdziemy, a jest to nasz ostatni nocleg na Ukrainie, nie licząc spania w pojezdach.

Ruszamy na miasto nocą. Kercz jest trzecim największym miastem Krymu, wszystko w nim ma wskazywać na potęgę Rosji – Imperium. Centrum jest urządzone ze smakiem, deptaki pięknie wybrukowane, położone marmurowe płyty. Na głównym placu stoi oprócz pomnika towarzysza Włodzimierza L., kolumna zwieńczona złotym gryfem – symbolem miasta. Ulice tętnią życiem, bogata młodzież wylega na miasto szukając rozrywki w licznych dyskotekach, pubach i knajpkach. Wszystko jest obłędnie drogie jak na Krym (tak drogo jest chyba tylko w Jałcie). Spacerujemy aż do nadmorskiej promenady, a potem wracając zahaczamy jeszcze o jedyną tanią knajpkę sprzedającą shaurmę, ale z maestrią Palestyńczyka z Sudaku to się ona nie może równać. Nie usatysfakcjonowani wracamy do pokoju.

 

 

Dzień czternasty (26.09)

Kercz – Dżankoj

 

Rano pakujemy się i zostawiamy bagaże w zabytkowych już chyba skrytkach na awtowokzale. Ruszamy zwiedzać Kercz i jego okolice. Najpierw bierzemy za cel port Krym – jedyne przejście graniczne półwyspu, w dodatku tylko drogą morską – promem. Po drugiej stronie cieśniny znajduje się sztuczna mierzeja, zbudowana przez Rosjan – port Kaukaz. Za nim widać już przedgórza tych najwyższych europejskich gór. Port Krym znajduje się spory kawałek od centrum Kerczu więc podjeżdżamy tam marszrutką, nie posiadamy wiz rosyjskich, więc w zasadzie oglądamy tylko podjazd do promu i bramki. Udajemy się już pieszo do ruin pobliskiej, tureckiej twierdzy Jenikale, zbudowanej tuż przed wojną turecko-rosyjską. Budowla ma szczególnie ciekawe wieżyczki. Można stąd zaobserwować ruch w cieśninie. Stamtąd ruszamy w stronę Adżymuszkaj.

Można wiele mówić o tym jak to mieszkańcy Krymu często nie potrafią wyeksponować tego co na półwyspie piękne i warte zobaczenia, a do standardów muzeów z Zachodniej Europy czy USA to i m daleko (nam zresztą też), jednak to w jaki sposób przedstawili historię i tragedię Kamieniołomów Adżymuszkaj jest po prostu piękne i patetyczne. Podczas II Wojny Światowej w tych podziemnych kamieniołomach zabarykadowało się 25 tysięcy sowieckich żołnierzy. Trzy niemieckie dywizje przez 2 lata próbowały zdobyć to miejsce wszelkimi sposobami. Ludzie tam walczący przez 2 lata nie oglądali słońca żyjąc w straszliwych warunkach, żywiąc się szczurami i codziennie umierając od niemieckich prób wysadzenia kamieniołomu i codziennego wpuszczania do jego korytarzy gazów bojowych. Po tych dwóch dramatycznych latach przeżyło 7 sowieckich żołnierzy, którzy zostali rozstrzelani na powierzchni. Mieszkańcy Kerczu postawili swoim gierojom monumentalny pomnik którym jest brama do kamieniołomu. Same podziemia zwiedziliśmy z rosyjskojęzyczną przewodniczką i jej grupą. Mówiła jak natchniona, ale ekspozycje były zrobione w przemyślany sposób, gra świateł i cieni podkreślała dramaturgię miejsca, wszystko było niezwykle realistyczne i przerażająco smutne. Po tej lekcji już na zewnątrz spotkaliśmy polskiego psychiatrę, który przyjechał na kongres naukowy do Sudaku i w wolnej chwili zwiedzał Kercz. Niedaleko Adżymuszkaju jest największy kerczański kurhan – Carskij Kurhan. Budowla intrygująca, starożytna, z okresu Królestwa Bosforu, na której pasła się jak najbardziej współczesna krowa. Podobno jak się idzie w stronę komory grobowej ma się wrażenie że ciemność jest tuż przed twarzą a tak naprawdę tunel jest dużo dłuższy – trik architektoniczny. Podobno, mnie jakoś specjalnie kurhan nie zachwycił. Spotkaliśmy tam polską grupę, która przyjechała autokarem, ale nie chcieli nas podrzucić do centrum. Po drodze do marszrutki wcinamy kartoszki-pierożki, a w marszrutce winogrona. W Kerczu idziemy jeszcze na schody Mitrydatesa, władcy Bosforu. Są dłuższe niż odeskie, w ich połowie znajdują się kamienne gryfy na cokołach. A na szczycie pod obeliskiem z czerwoną gwiazdą i działami sesje fotograficzne urządzają sobie nowożeńcy (prawie jak we Lwowie). Dalej na wzgórzach znajdują się ruiny starożytnego miasta (niestety tylko resztki fundamentów się zachowały). Wraz ze znajomym psychiatrą podziwiamy morze i wysepkę od której według niego rozpocznie się III Wojna Światowa – teren sporny Rosji i Ukrainy, z powodu konieczności płacenia cła Ukrainie przez statki rosyjskie wpływające i wypływające z portu Kaukaz. Podziwiamy jeszcze nadbrzeże z cerkwią i złotego gryfa za dnia. Wysyłam kartki pocztowe do rodziny i przyjaciół. Na głównym Rynoku jemy najgorsze hot-dogi świata i oglądamy targ rybny :D. Robi się wieczór, do pojezdu mamy dużo czasu, już wcześniej kupiliśmy bilet do Dżankoj gdzie chcemy wsiąść do naszego pojezdu relacji Symferopol – Lwów. Idziemy zjeść coś dobrego w lokalnej pizzeri. W oczekiwaniu na zamówione pizze idę z Anią aby kupić Krimskoje Igristoje – najlepszy szampan w krajach byłego ZSRR z Nowego Swieta. To w Kerczu kupuję też dla siebie butelkę Cabernet’a Massandry. W lokalu podają piwo Obolon w pięknych, firmowych kuflach z grubego szkła. Polowałem na taki odkąd Grześkowi udało się zdobyć podobny w Ałuszcie. I udaje się, Grzesiek dogaduje się z kelnerką – 10 hrywien, staję się posiadaczem fajnego kufla.

Wsiadamy do pociągu klasy obszczij – 4 najniższa klasa na kolei. Wygląda podobnie jak płackartnyj, tylko miejsca nie są numerowane i kto pierwszy ten lepszy, no i nie ma pościeli. Część osób nie może się położyć i musi siedzieć. Udaje nam się znaleźć wolne bokówki, śpimy.

 

 

Dzień piętnasty (27.09)

Dżankoj

 

Koło 6 rano jesteśmy już w Dżankoju, mamy tutaj czas do 14.00. W mieście nie ma co zwiedzać, jeden wielki rynok. Jedna odrapana cerkiew koło niego. Miast raczej brzydsze niż ładne, jak dowiadujemy się później bardzo niebezpieczne. Pogoda nam dopisuje.

Postanawiamy otworzyć bar o 8.00 rano, jesteśmy głodni – wcinamy czieburieki, pielmieni. Ceny są bardzo niskie nawet jak na Krym. A jedzonko pyszne bo świeże, nie odgrzewane. Robimy pamiątkowe zakupy napojów do Polski. Jemy jeszcze raz i zbieramy się na pociąg. Bezpłatne toalety na wokzale w Dżankoj to było głębokie i niezapomniane do dzisiaj przeżycie.

W pojezdzie koło siebie miejsca u góry w boksach mamy Ania, ja i Grzesiek. Sławek natomiast ma miejscówkę po drugiej stronie wagonu. W naszym boksie siedzi już dwóch towarzyszy i jeden pies. Jak się okazuje właściciel psa jest Rosjaninem, do tego oficerem Floty Czarnomorskiej i wraca do Petersburga, do domu. Pies nazywa się Knopa. Oficer umie trochę łamanej angielszczyzny i zapewnia nas o wielkiej przyjaźni polsko – rosyjskiej wbrew temu co mówią politycy i tego co się na świecie dzieje. Na temat Gruzji ma wiadome zdanie. Częstuje nas orzechami włoskimi. Jedzie z nim doktorantka archeologii na jakimś rosyjskim uniwersytecie. Rozmawiamy z nimi dość długo. Okazuje się że miejsce które zajmuje żołnierz nie jest jego i już wkrótce śpi tam jakaś babuszka. On jednak nic sobie z tego nie robi i mimo babuszkowych narzekań siedzi dalej. W końcu udaje nam się zasnąć dzięki pomocy Obolona w litrowych, plastikowych butelkach.

 

 

Dzień szesnasty (28.09)

Lwów – Przemyśl – Katowice

 

Jesteśmy w Lwowie koło 13.00. Jest piękna pogoda, a mi coraz bardziej żal żegnać się z Ukrainą. Udaje nam się jeszcze za resztki hrywien zjeść po ostatniej kartoszce. Znów w drodze do Medyki. Na przejściu mrówek jest pełno, ale strażnicy nie chcą nas puścić przed nich, trudno. Kontrola nie jest zbyt dokładna, choć stresująca, macanie w plecaku, pytanie o fajki i alkohol. W końcu jesteśmy w Polsce. W promieniach zachodzącego słońca docieramy do Przemyśla, gdzie szybko tuż przed odjazdem pociągu udaje nam się nabyć zapiekanki, jesteśmy wygłodniali.

Jaki inny jest sposób podróżowania po Polsce i Ukrainie, tu wszyscy cisną się w przedziałach, nie ma babuszek na stacjach, ani samowarka. W przedziale poznajemy Jurę – studenta z Charkowa, który jechał do Wrocławia na politechnikę. Dużo z nim rozmawiamy, świetnie mówi po polsku. Nie lubi Rosji i ich polityki, nie podoba mu się to co robią z jego krajem. Boi się że Ukraina zostanie napadnięta jak Gruzja i ma ku temu racjonalne podstawy. Mówi także o trudnej przeszłości polsko-ukraińskiej, o UPA, o rusyfikacji Ukraińców. Dużo opowiada, wymieniamy się kontaktami.

Późno w nocy dojeżdżamy do Katowic, po 41 godzinach od wyjazdu z Kerczu. Żegnamy się na dworcu, skończyła się jedna z największych jak dotąd podróży naszego życia. Wracam do domu z Anią, samochodem.

 

 

 

Podsumowanie:

 

Wyjazd okazał się strzałem w dziesiątkę i pewnie długo jeszcze będziemy go wspominać. Zwiedziliśmy praktycznie cały Krym z zachodu na wschód + Odessę + Lwów. Udało nam się zobaczyć więcej niż przewidywaliśmy, ale też tempo naszego przemieszczania się z dnia na dzień było bardzo duże. Oczywiście przez to, że byliśmy ograniczeni czasowo nie mogliśmy zobaczyć wszystkiego i nawet zbliżyć się do takiej opcji, jednak i tak uważam że wykonaliśmy plan maksimum podczas 2-tygodniowego wyjazdu. Przewodnik, który posiadaliśmy okazał się średnio pomocny. Pogoda nas nie rozpieszczała i może dlatego tak mało w naszym wędrowaniu górskich dni. Krym posiada wspaniałe i zróżnicowane góry – od dolin kryjących skalne miasta, poprzez wielkie ściany (takie jak Aj-Petri), wielkie kaniony, po Czatyr-Dag, Dżemerdżi i góry wulkaniczne. Są one dzikie słabo zaludnione i jak dla mnie będą stanowiły świetny powód aby na Krym wrócić w celach trekkingowych. Ludzie, kultura, klimat Krymu, to wszystko staraliśmy się chłonąć i poznać najlepiej jak umieliśmy. Mam nadzieję że ta trochę przydługa relacja choć trochę tych rozmaitości półwyspu ukazuje, no i oczywiście będzie zachętą do wybrania się w to wspaniałe i ciągle jeszcze w wielu aspektach tajemnicze miejsce

 

Valtharian

 

Linki do zdjęć i filmu:

http://picasaweb.google.com/eSKfoto/LwWOdessaIKrym

http://www.youtube.com/watch?v=r-3m139fCF8

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *