Rowerem po polskim wybrzeżu

Termin: 07-21 sierpnia 2008
Ekipa: Ola, Marcin (Dziku), Kuba i Kasia

 

 

Wybrzeże Morza Bałtyckiego to rejon najczęściej odwiedzany przez turystów. My również postanowiliśmy ten rejon zwiedzić, używając jednak roweru. Celem naszej wyprawy było pokonanie odcinka Hel – Świnoujście. Głównie trasę przebyliśmy międzynarodowym szlakiem rowerowym R-10 oraz czerwonym szlakiem turystycznym. Łącznie przejechaliśmy 560 km – naprawdę było warto.

Niewątpliwą zaletą polskiego wybrzeża są szerokie piaszczyste plaże uważane za jedne z najładniejszych w Europie oraz wały wydmowe i ciągnące się na ich zapleczu lasy. Szczególnie atrakcyjne są piaszczyste mierzeje odcinające od morza spokojne zatoki, zalewy bądź jeziora przybrzeżne. W pasie polskiego wybrzeża ciągną się liczne rezerwaty przyrody oraz parki narodowe: Słowiński Park Narodowy i Woliński Park Narodowy. Woliński Park Narodowy to najciekawszy odcinek polskiego wybrzeża klifowego z dobrze zachowanymi lasami bukowymi. Natomiast Słowiński Park Narodowy tworzą jeziora przymorskie, bagna, torfowiska, łąki, nadmorskie bory, i lasy, a przede wszystkim wydmowy pas mierzei z unikatowymi w Europie wydmami ruchomymi.

Te wszystkie przyrodnicze walory polskiego wybrzeża mogliśmy odczuć na własnej skórze. Wspaniałe leśne ścieżki rowerowe wzdłuż wydm o zachodzie słońca, piaszczyste szerokie plaże tworzące rowerową autostradę, bagna oraz niekończące się łąki, po których ciągnie się leniwie wąska ścieżka rowerowa. Nie zabrakło również cywilizacji: szosy, deptaki oraz chodniki czy też różnego rodzaju płyty betonowe nie były nam obce. Walory przyrodnicze dopełniał nadmorski wiatr orzeźwiający podczas jazdy, szum morza oraz blask zachodzącego słońca odbijający się w morskiej tafli. Ponadto kąpiele w morzu, smażenie sadełka na złocistym piasku, nocne plażowe spacery oraz spanie na plaży pod gwieździstym niebem na pewno zostaną w pamięci na długo…

Z rowerowego kalendarza:

 

1 dzień (07.08.08)

Ekipa rowerowa zebrała się w pociągu na trasie Gliwice – Katowice – Dąbrowa Górnicza – GDYNIA. Trafiliśmy na luksusowy wagon rowerowy, w którym mogliśmy rozwinąć karimatki i wskoczyć w śpiworki. Jak na początek przystało skonsumowaliśmy pierwsze winko wyjazdowe w dodatku mszalne 😉 oraz wspólnie zaczęliśmy układać plan naszej rowerowej trasy.

 

2 dzień (08.08.08)

Następnego dnia koło godziny 10.00 byliśmy już na miejscu. Dotarliśmy do portu, gdzie zakupiliśmy bilety na tramwaj wodny do Jastarni. Mając chwilkę czasu do odjazdu postanowiliśmy zaliczyć pierwszą plażę, gdzie zjedliśmy drugie śniadanko. Gdy nacieszyliśmy oko widokiem morza zwinęliśmy się na tramwaj wodny z „przemiłą obsługą”. Ledwie co sakwy zapięte, a tu każą je znowu ściągać :/ Po dotarciu do Jastarni odbyliśmy krótką drogę do Juraty, aby zjeść tą wyczekaną morską rybkę. Szarpło po kieszeni, ale warto było ;)Po sycącym obiadku wyruszyliśmy drogą rowerową wzdłuż lasu do naszego punktu startowego HELU.

Jak na pierwszy dzień podróży bez deszczu i burzy się nie obeszło, czego zresztą w inne dni też nam nie brakowało 😉 stamtąd zaczęła się nasza planowana trasa rowerowa. Z Helu cyplem, między zatoką a morzem, dojechaliśmy z ulewą do Władysławowa, gdzie zrobiliśmy zakupy. Następnie zmierzaliśmy do Chłapowa, gdzie postanowiliśmy przenocować na polu namiotowym. Jednak, aby tam dotrzeć musieliśmy przed samym końcem pokonać mordercze podejście. Po rozbiciu się na polu namiotowym przyszła pora na pierwszą pulpę – kurczaka po meksykańsku 😉 i kanapeczki. Gdy brzuchy były już napełnione, przyszedł czas na nocny spacer po plaży oraz posiadówkę na schodach. Dystans tego dnia wynosił ok. 70 km.

 

3 dzień (09.08.08)

Ojj ciężko było wstawać. Jednak plaża, szum morza i o dziwo brak deszczu skłoniły mnie do porannego biegania 😉 reszta sobie jeszcze smacznie spała. Tego dnia z rana postanowiliśmy przespacerować się na plażę zaliczyć pierwszą kąpiel w naszym cieplutkim Bałtyku. Po powrocie przyszedł czas na naprawę rowerów, szczególnie roweru Kuby, zmieniającego przerzutki poprzez ciągnięcie linki znajdującej się na górnej ramie 😉 reszta rowerów wymagała tylko zabiegów kosmetycznych. W końcu wyruszyliśmy szosą w dalszą trasę, kierując się na Przylądek Rozewie a następnie wspaniałą leśną trasą wzdłuż brzegu aż do Stilo. Myślę, że ten odcinek trasy każdemu z nas przypadł do gustu, szczególnie o zachodzie słońca.

Tam postanowiliśmy się rozbić na wydmach i rozpalić pierwsze ognisko. Co poniektórzy zaliczyli pierwsze spanie pod „gołą chmurką” 😉 Tego dnia przejechaliśmy 54 km.

 

4 dzień (10.08.08)

Tym razem udało mi się namówić chłopaków na poranne bieganie 😉 i całkiem nieźle nam to wyszło 😉 zaraz po bieganiu postanowiliśmy się schłodzić w morzu. Po śniadanku zapadła decyzja, że ten odcinek trasy pokonamy plażą. Ehhhh …. coś wspaniałego…. Plaża, morze, wydmy i my na piaskowej autostradzie. Poza nami żywej duszy nie widać.

Dopiero po jakimś czasie na horyzoncie pojawił się nieznajomy, który przemierzał wybrzeże pieszo. Kuba poratował go rumuńską zapalniczką. Ten wspaniały odcinek liczył sobie 15 km aż do Łeby. Stamtąd jechaliśmy granicami Słowińskiego Parku Narodowego poprzez piaskowe drogi, lasy, łąki z wybojami, Brzezinę Bagienną, okrążając Jezioro Łebsko. Na tym odcinku Kubie rozdarło się dno sakwy przez co sukcesywnie gubił makaron na wieczorną pulpę 🙂 Następnie trafiliśmy na długie i monotonne płytowe drogi polne prowadzące do Smołdzina, po czym szosą objechaliśmy Jezioro Gardno. Również wtedy nie obeszło się bez deszczu, który nie opuścił nas do następnego ranka. Postanowiliśmy się rozbić pod lasem 5 km od Rowów. Cały wieczór spędziliśmy pod namiotem, pulpa grzybowa również była namiotowa na kuchence. Na polepszenie humoru zrobiliśmy sobie grzane winko z brzoskwiniami (pychota - polecamy). Trzeba przyznać, że to była najbardziej urozmaicona trasa rowerowa z całego wyjazdu 😉 - pokonany dystans to 56 km.

 

5 dzień (11.08.08)

Rano w końcu przestało padać i pojawił się błękit nieba. Postanowiliśmy, że śniadanie zjemy w Rowach – w końcu to tylko 5 km. Po przejechaniu 300 m plany o szybkim śniadanku legły w gruzach. Na naszej drodze stanął rozwalony mostek. Objazd miał niby 1,5 km, ale za to w jedną i drugą stronę w pokrzywach po pas, w dodatku trzeba było przeprawić się na drugą stronę skąpym mostkiem. W końcu dotarliśmy do długo oczekiwanych Rowów, gdzie zjedliśmy upragnione śniadanie na pieskiej plaży 🙂 Rowy nie przypadły nam do gustu i postanowiliśmy jak najszybciej stamtąd uciekać w kierunku Poddąbia. Tam zatrzymaliśmy się na kilkunastometrowej skarpie, gdzie pozostaliśmy do końca dnia. Wreszcie nam przyświecało słoneczko więc postanowiliśmy się troszku poopalać popluskać oraz poopierać w morzu. Marcin nas opuścił, aby na luzie pojeździć po okolicy.

Tego dnia nie obeszło się bez czyszczenia rowerów z piachu a także cerowania sakw Kuby. Wieczorkiem rozpaliliśmy ognicho i zaczęliśmy przyrządzać pulpę słodko-kwaśną. Kuba zorientował się, że zgubił łyżkę i postanowił ją sobie wystrugać. Pulpę skonsumowaliśmy na skarpie przy zachodzie słońca. Tej nocy wszyscy postanowiliśmy spać na plandece pod gołym niebem. Koło godziny trzeciej nad ranem obudzili nas nieoczekiwani goście hasłem „JAKA FAZA!!! ONI TU ŚPIĄ!!!!”- pomimo stanu wskazującego byli całkiem sympatyczni. 😉 Tego dnia nie przejechaliśmy zbyt wiele (18 km), jednak liczą się przeżycia. 😉

 

6 dzień (12.08.08)

Kolejną pobudkę zaserwował nam poranny deszcz, który zmusił nas do ucieczki do namiotu. Po śniadaniu i przeczekaniu deszczu ruszyliśmy szosą raz z górki raz pod górkę w kierunku Ustki, a stamtąd do Jarosławca, jedząc po drodze na przydrożnym boisku drugie śniadanie. To był pierwszy odcinek bicia rekordów prędkościowych. W Jarosławcu postanowiliśmy zrobić dłuższy postój, napić się chłodnego piwka i nadgonić stracone kalorie lodami i goframi. Tam też zrobiliśmy zakupy na wieczorną pulpę. Tego dnia rozbiliśmy się na polu namiotowym w Wiciach. Rozpaliliśmy ognicho, zjedliśmy smaczny żurek. Ja, Dziku i Kuba postanowiliśmy późnym wieczorkiem połazikować po plaży. Kuba, chodząc po falochronie, próbował zrealizować swoje niespełnione marzenia 😉 załapaliśmy się również na leżakowanie pod łódką ratowniczą. Po powrocie na pole namiotowe zaliczyliśmy huśtawki i postanowiliśmy spać na zewnątrz. Również tej nocy uciekaliśmy do Kasi przed deszczem do namiotu. Dystans wynosił 45 km.

 

7 dzień (13.08.08)

Rano przestało padać i zaczęło się przejaśniać. Zrobiliśmy sobie smaczne śniadanko w postaci jajecznicy z cebulką i czosnkiem, pozbieraliśmy się dosyć szybko i trasą wzdłuż morza betonami dotarliśmy do przesmyku nad Jeziorem Kopań. Ten dzień poświęciliśmy na plażowanie i kąpiele w morzu. Z upływem czasu na horyzoncie pojawiły się niepozorne chmurki, które przerodziły się w niezwykłe burzowe widowisko.

Zdążyliśmy się przenieść do ruin nadmorskiej strażnicy, gdzie zjedliśmy spagetti w oknie z widokiem na wyładowania atmosferyczne, trwające tyle co jakiś dobry film. Nas ulewny deszcz ominął bokiem, więc mogliśmy kolejną noc spać pod gołym niebem. Tego dnia pobiliśmy rekord dystansowy - 8 km :]

 

8 dzień (14.08.08)

Następnego ranka słoneczko nam dopisało, 😉 również postanowiliśmy z tego skorzystać. Przeżyliśmy burzę piaskową oraz walkę z morskimi falami. 🙂 Gdy już mieliśmy dość leniuchowania, wyruszyliśmy drogą płytową w stronę Darłówka, zahaczając po drodze o zabytkowy kościółek. Trasa ta ciągnęła się przez pola wiatraków. W Darłówku ja z Kasią postanowiłyśmy zaliczyć w końcu jakąś latarnie, jak się okazało pierwszą i ostatnią 😛 tam też zjedliśmy barowy obiadek. Dalej pojechaliśmy szlakiem za Dąbki, gdzie zrobiliśmy sobie plażowy nocleg na mierzei, a wieczorkiem, już bez pulpy, grzane winko z brzoskwinkami i spacer po plaży. Tego wieczoru był prawdziwy zlot wrednych komarów!!! Przejechaliśmy ok. 40 km.

 

9 dzień (15.08.08)

Dzień urodzinek Kasi. 🙂 Rano zjedliśmy śniadanko w postaci sałatki greckiej i wyruszyliśmy na szlak w stronę Łaz. Niestety po przejechaniu kilku kilometrów szlak się urwał na polu namiotowym w Dąbkowicach. Utknęliśmy na mierzei, między Jeziorem Bukowo i naszym polskim morzem. Kasia zapytała o drogę dwóch starszych sportswoman uprawiających Nordic Walking. Otrzymaliśmy informację, że znajdujemy się na tzw. „mirzei” 😉 i że tutaj kończy się szlak rowerowy. Jedna z pań stwierdziła, że musi zachować „ciągłość chodzenia” i dreptała sobie w miejscu udzielając nam dalszych rad. Zdecydowaliśmy się na trasę plażową, jednak zanim znaleźliśmy się na plaży, musieliśmy pokonać sporo prowadzących do niej schodków. Plaża okazała się mało łaskawa dla rowerzystów w dodatku z sakwami :/ piasek był bardzo gruby, przypominał żwirek, przez co koła się zapadały. Myśl o pokonaniu schodów do ślepego zaułka skłoniła nas do przebycia tego odcinka plażą, jednak nie na rowerze tylko obok roweru. Prowadziliśmy rowery w mżawce przez 4 km, nie było łatwo, zapadał się w piach rower a także i my. Po drodze spotkaliśmy wędkarza, który pokierował nas na wyjście z plaży prowadzące do drogi nadającej się do jazdy rowerem. W końcu dotarliśmy do Łaz, gdzie na polepszenie humoru zjedliśmy najdroższe w swoim życiu krówki 🙂 oraz skusiliśmy się na niezdrowe fast – foody. Stamtąd, już w deszczu, udaliśmy się szosą przez Mielno w stronę Gąsek. Po drodze kupiliśmy składniki na pulpę oraz urodzinową Kadarkę. Rozbiliśmy się w lesie za Pleśną w przerwie międzyopadowej. Dziku zrobił Jadwigę, której żaden huragan by nie ruszył. Zaczęliśmy na niej pichcić i wędzić mokre ciuszki. Pulpa cztery sery z kurczakiem w postaci kiełbasy była przepyszna 🙂 niestety deszcz zagonił nas do namiotu, gdzie świętowaliśmy urodziny Kasi. Tego dnia przejechaliśmy ok. 35 km

 

10 dzień (16.08.08)

Rankiem po śniadanku szybko zebraliśmy się w trasę do Kołobrzegu. Początkowo szlakiem turystycznym a następnie szosą, na której staliśmy w długim korku. Przed Kołobrzegiem odbiliśmy na solne bagna, którędy prowadził deptak wzdłuż morza do Kołobrzegu. Na miejscu Kasia nas opuściła, jadąc na noc do koleżanki, a my rozbiliśmy się na polu namiotowym. Zjedliśmy arbuza o zachodzie słońca. Szwendaliśmy się po plaży i mieście, gdzie mogliśmy skorzystać z Internetu i zdać relacje z wyjazdu na forum 🙂 Z pieszych wędrówek wracaliśmy do namiotu oczywiście z deszczem. Niepozorny deszcz przerodził się nocą w ostrą ulewę… dystans tego dnia wynosił 40 km.

 

11 dzień (17.08.08)

Po ulewie namiot do połowy był z błota, lekko go otrzepaliśmy, spakowaliśmy się i w drogę. Przed wejściem na pole czekała już na nas Kasia. Jak zwykle jazda w deszczu. Początkowo jechaliśmy szlakiem, następnie drogami polnymi. Musze przyznać, że dla mnie to był naprawdę wyjątkowy dzień 🙂 Na polnej drodze straciłam pierwszą przerzutkę – kilka ząbków z zębatki wykrzywiło się i zrzucało łańcuch podczas jazdy. Przejeżdżaliśmy przez liczne wiochy, gdzie w jednej z nich udało mi się zaliczyć „rowerowego grzyba” w wiejskiej kałuży. Po tym zdarzeniu mogłam jechać nawet na koniec świata 😉 było mi już wszystko jedno 🙂 Po wydostaniu się z okolicznych wiosek trafiliśmy na szosę prowadzącą do Rewala, w końcu wyszło słoneczko i jeszcze podczas jazdy mogliśmy się wysuszyć. Trasa była długa i dosyć męcząca, z jednego pagórka w drugi pagórek i tak do samego Rewala. Tam postanowiliśmy zrobić krótki odpoczynek, nacieszyć się słońcem i przesuszyć rzeczy.

Po jakimś czasie ruszyliśmy w dalszą drogę zahaczając o „malownicze” ruiny kościoła w Trzęsaczu z widokiem na plac budowy. Następnie przejechaliśmy najdłuższą wieś na wybrzeżu – Pobierowo i zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Znaleźliśmy opuszczony domek na wydmach, jednak zrezygnowaliśmy z noclegu w nim ze względu na sąsiadów zza płota – straż graniczną 🙂 Dojechaliśmy do lasku przed Łukęcinem, tam rozbiliśmy obóz, rozpaliliśmy ognisko i zjedliśmy wyśmienity gulasz. Tego dnia zrobiliśmy 78 km 🙂 nasz najdłuższy dystans.

 

12 dzień (18.08.08)

Przywitało nas słoneczko. Po śniadanku pozbieraliśmy się szybko z myślą o łowieniu rybek w Jeziorze Koprowym za Międzywodziem. W drodze jednak zaszły zmiany w planach ze względów pogodowych. Postanowiliśmy jechać dalej do Międzyzdrojów. W tej części trasy pokonywaliśmy pomorskie szczyty, z czego najwyższy (116m n.p.m. :). Zatrzymaliśmy się na parkingu strzeżonym 🙂 no baaa… przecież w sakwach znajdował się nasz cały majątek 😉 i stamtąd pieszo udaliśmy się w kierunku nadmorskich klifów. Zdobyliśmy Górę Gosań (95 m n.p.m.).

Jest to najwyższe wzniesienie polskiego wybrzeża i jednocześnie jeden z ładniejszych krajobrazowo jego fragmentów. Wzgórze Gosań charakteryzuje się osypującym, piaszczysto-żwirowym zboczem, nachylonym pod kątem zsypu naturalnego, którego z powodu abrazji, każdego roku ubywa średnio około 1 metra. Reakcja ta zachodzi w wyniku fal morskich podmywających podnóże klifu oraz wysuszającego wiatru i spływającej wody opadowej, na którą klif reaguje natychmiastowo. W efekcie osypywania się klifu, u jego podnóża tworzą się stożki nasypowe, które następnie wypłukuje morze pozostawiając jedynie kamienie.

Na tych pagórkach padły kolejne rekordy prędkościowe dochodzące do 52 km/h - rekord Dzika. Chcieliśmy również odwiedzić rezerwat żubrów, jednak ze względu na poniedziałek tam też było nieczynne. :/ Nagle Kasia zniknęła z horyzontu jadąc dalej na Świnoujście, gdzie miała się spotkać z rodzicami. Zostaliśmy w trójkę, dojechaliśmy do Międzyzdrojów, a stamtąd szlakiem rowerowym wydostaliśmy się z miasta, aby rozbić się na skarpie w lesie wydmowym. Po drodze zaliczyliśmy również powojenne bunkry. Rozpaliliśmy ognicho, a w głowie myśl o nagminnych czerwonych zakazach i niemałych kwotach mandatu. 🙂 Ale to już kwestia przyzwyczajenia... 😉 Tego dnia kucharze serwowali leczo. Po takim wypaśnym jedzonku wybraliśmy się o zmroku na spacer plażą do Międzyzdrojów, przeszliśmy się po molo, aleją gwiazd, a na koniec zakupiliśmy sobie cygara zwycięstwa - w końcu meta tuż tuż 😉 Wracaliśmy do obozowiska namierzając go GPSem.Przed nami co pewien czas pojawiało się i znikało „tajemnicze światełko”. Niestety nie udało nam się rozwikłać tej zagadki. 🙂 Posiedzieliśmy dłuższą chwilkę na plaży i udaliśmy się do namiotu, jak zwykle w nocy padało… Dystans: 68 km

 

13 dzień (19.08.08)

Tego dnia obudził nas smród ogniskowy. Okazało się, że pomimo deszczowych dni ściółka była na tyle sucha, że z wieczornego zalanego ogniska powstał „podziemny pożar” 🙂 Po opanowaniu sytuacji, błękitne niebo i słoneczko przekonało nas do leniuchowania na plaży i kąpieli w morzu. Nie brakowało nam nudystów, nawet nudysty rowerzysty, którzy pod naszym nosem zrobił szpagat by wleźć na rower i pojechać plażą przed siebie 😉 po pewnym czasie ruszyliśmy w drogę do Świnoujścia. Rozdzieliliśmy się – Dziku pojechał plażą, ja z Kubą międzynarodowym szlakiem rowerowym. Po drodze zwiedziliśmy kilka bunkrów, przejechaliśmy koło świnoujskiej latarni morskiej (najwyższa latarnia morska na polskim wybrzeżu Bałtyku, oraz jedna z najwyższych w Europie), po czym spotkaliśmy się razem w forcie wschodnim Świnoujścia. Dzikowi w drodze do fortu strzeliła opona 🙂 Rowerowy wystrzał Dzika był tak duży, że spłoszył wszystkie ryby łowiącym w porcie wędkarzom 🙂 Dziura okazała się na „dwa palce”. Po obklejeniu opony taśmą, dojechaliśmy do centrum, a stamtąd tramwajem wodnym przedostaliśmy się na zachodnią stronę. Tam Dziku zakupił oponę i doprowadził rower do stanu używalności 😉

Po drugiej stronie, szlakiem dotarliśmy do „holenderskiego wiatraka”. Tam Kuba pokazał wyższość piwa nad aparatem, łapiąc je, gdy obie rzeczy turlały się do morza 🙂 ehhh faceci… Następnie dojechaliśmy do fortu zachodniego, gdzie skonsumowaliśmy upragnione cygaro zwycięstwa… Po zrobieniu zakupów postanowiliśmy udokumentować naszą metę robiąc sobie zdjęcie na granicy polsko-niemieckiej.

Stamtąd udaliśmy się do pobliskiego zakleszczonego lasu. Pulpa w postaci klopsików po przejechaniu naszej zaplanowanej trasy smakowała wyjątkowo… Tego dnia przejechaliśmy 23 km.

 

 

14 dzień (20.08.08)

Nazajutrz śniadanko okazało się bardzo szczęśliwe. W paszteciku zakupionym zeszłego dnia znaleźliśmy nieoczekiwaną wygraną. Pasztecik podlaski DROSED został częściowym sponsorem naszej wyprawy 🙂 Tego dnia ekspresowo pozbieraliśmy się z zakleszczonego lasu, aby znaleźć pole namiotowe.

Ten dzień postanowiliśmy spędzić bez rowerów – ehhh… aż dziwnie było 🙂 udaliśmy się na spacer, oczywiście towarzyszył nam deszcz. Po powrocie na pole namiotowe rozgrzaliśmy się grzanym piwem z przyprawami. Na obiad postanowiliśmy iść do pizzerii (palce lizać). Popołudniu przespacerowaliśmy się plażą do wiatraku na zachód słońca, po czym wieczorkiem spotkaliśmy się z Kasią i na plaży obserwowaliśmy częściowe zaćmienie księżyca. W drodze powrotnej do namiotu zrobiliśmy zakupy, aby na miejscu móc świętować zaliczenie całej trasy przy wiśnióweczce. Okazało się, że nie tylko my świętowaliśmy. Przez całą noc słychać było nieprzyjemne efekty dźwiękowe (bleeeaaahh….. :/)

 

15 dzień (21.08.08)

Ostatni dzień pobytu nad polskim wybrzeżem, śniadanko pakowanie się i opuszczenie pola namiotowego. Przed wejściem spotkaliśmy się z Kasią i razem ruszyliśmy „za granicę.” Początkowo piaskową autostradą, po czym zjazd na promenadę i na wspaniałe niemieckie trasy rowerowe. Dojechaliśmy do Seebad Bansin, gdzie udaliśmy się na molo. To właśnie tutaj powstały niecne plany na przyszły rok, ma się rozumieć, że z rowerami :)) Następnie powrót do kraju, obiadek w Świnoujściu i pamiętne zdjęcie Dzika 🙂

W centrum mieliśmy okazje załapać się na przemarsz i występ „marjoretek.” Ostatnie zapychacze w postaci zapiekanek XXXL z fantazyjnymi sosami i w drogę… na dworzec PKP w Świnoujściu 🙂 Tam mieliśmy jeszcze czas na refleksje i chwilę zapomnienia. 🙂

 

Ostanie spojrzenie w kierunku portu i na zachód słońca, po czym wsiadaliśmy do pociągu. Myślę, że nikt się nie cieszył na myśl o powrocie do domu. 🙁 W tym dniu przejechaliśmy 25 km. W pociągu zakończenie naszej podróży z żurawinówką i zabawa siekierką w celu odstraszenia grasujących wagonowych złodziei 🙂 Przesiadka w Częstochowie i po jakimś czasie każdy z nas jechał już w swoją stronę…

 

Tak to wspomina...

Ola Chrapek

 

 

Linki do zdjęć:

http://picasaweb.google.pl/niemka22/RoweryWybrzeE07220808#

http://picasaweb.google.pl/kubakuc3/WybrzeEBaTyku200803#

 

Trasa:

http://images48.fotosik.pl/8/5a721f0ca200e1be.gif