Rowerem na Litwę

 

Ekipa: Kasia i Łukasz

Pomysł na tegoroczne wakacje był dość spontaniczny. Po wielu zmianach padło na wyjazd rowerowy. Początkowo miały to być Mazury i woj. Podlaskie, ale ostatecznie stanęło na Litwę, gdzie celem naszej podróży było Wilno.

 

Plan wyjazdu przewidywał dostanie się do Białegostoku pociągiem, a następnie przez Biebrzański Park Narodowy, Augustów i Ogrodniki, gdzie przekroczymy granicę i pojedziemy w kierunku Wilna. Powrotna droga miała prowadzić przez Kowno, Ogrodniki, do Suwałk, skąd pociągiem na Śląsk. Na wszystko mieliśmy 11 dni. Ale plany jak ogólnie wiadomo są po to żeby je zmieniać 🙂

 

Dzień 1

Wysiadamy z pociągu z Katowic w Białymstoku około godziny 6 rano. Połowę podróży przejechaliśmy komfortowo w wagonie dla rowerów, ale od Warszawy gnieciemy się w przedziale z jeszcze jednym rowerzystą i 3 rowerami. Dajemy radę, takie coś nas nie powstrzyma J. Wita nas piękne słoneczko. Zatrzymujmy się w najbliższej stacji benzynowej poprawić bagaże, zjeść i umyć się po podróży. Obieramy azymut i wsiadamy na rowerek. Jedziemy drogą nr E67. Wyjeżdżamy z Białegostoku mijamy po drodze miejscowość Żółtki, w której mieści się bar Chińczyk. Po około 30 kilometrach skręcamy z głównej szosy i jedziemy troszkę mniej uczęszczaną drogą malowniczo ciągnącą się przez pola. Tu pierwszy wypadek. Pędzący z ogromną prędkości TIR zdmuchuje z drogi Kasię, która ląduje na kolanie (prawie telemarkiem) Na szczęście poza zadrapaniem i chwilą strachu nic poważniejszego się nie stało. Nikt w każdym razie się nie zatrzymał, żeby udzielić jakieś pomocy, lub zapytać się czy wszystko ok. Na szczęście wkrótce wjeżdżamy w obszar Parku i ruch samochodowy ustaje prawie całkowicie. I ta drogą jedziemy już prawie do celu naszego dzisiejszego etapu – Goniądza mijając po drodze Twierdze Osowiec. Zatrzymujemy się na campingu w Goniądzu nad brzegiem Biebrzy. Pierwszy dzień za nami. 

Przejechaliśmy ok. 86 km.

 

Dzień 2

Wstajemy rano pakujemy manatki i dziarsko wsiadamy na rowery. Mamy plan dojechać do Augustowi. Rezygnujemy z dróg asfaltowych na rzecz szutrowej drogi wzdłuż Biebrzy. Mimo, że nasza prędkość dość mocno zmalała, opłaciło się. Piękne widoki, cisza spokój i żadnych samochodów. Tak dojeżdżamy do Dębna, gdzie za śluzą jest już Kanał Augustowski. Zimne piwko u sołtysa, batonik (który powoli staje się codziennym rytuałem) i ruszamy dalej. Im bliżej Augustowa tym ruch jest większy i trzeba szczególnie uważać, żeby nie powtórzyła się sytuacja z dnia poprzedniego. Dojeżdżamy do Augustowa i zatrzymujemy się nad Kanałem na odpoczynek. Uzupełniamy zapasy i wysyłamy nadmiar rzeczy do domu (pakowaliśmy się w takim pośpiechu, że kilka rzeczy było nadprogramowych) Adres nadania, zgodnie z prawdą wpisaliśmy: Augustów, promenada nad Kanałem, co dość rozbawiło Panią w okienku pocztowym. Z dowodem nadania, jedzeniem w sakwach i wymienioną walutą ruszamy dalej. (1 LIT to 0.99 PLN). Pogoda dopisuje i chcemy tego dnia dojechać jak najbliżej granicy. Droga przez puszczę augustowską jest bardzo malownicza i mało ruchliwa. Nie wiadomo kiedy przekraczamy tabliczkę z napisem Giby. Jest około 19.30, najwyższy czas na szukanie miejsca na nocleg. Znajdujemy ładną polankę i kiedy Kasia rozbija namiot ja pojechałem do wsi po wodę. Rozpalamy ognisko i pieczemy kiełbaski. Tego dnia przejechaliśmy 102km.

 

Dzień 3

Słoneczko świeci, aż chce się ruszyć jak najszybciej. Pakujemy się i planujmy dzisiejszą trasę. Zmieniamy plan i omijamy Ogrodniki na rzecz bliższego przejścia granicznego, zaznaczonego na mapie jako utwardzona droga. W najbliższym sklepie upewniamy się czy na pewno uda nam się tamtędy przejechać. Pani zapewnia, że tak i na moją prośbę pisz mi na kartce litewskie zwroty :Dzień Dobry, Dziękuję, Chleb i Piwo. Jemy batonika i ruszamy dalej. Asfaltowa początkowo droga zmienia się w szutrówkę a to po kilku kilometrach w polną ścieżynkę. Pewni, że zabłądziliśmy pytamy się o drogę pary staruszków. Kierują nas dalej. Nie do końca przekonani pytamy się ponownie. Okazuje się ze jedziemy w zupełnie innym kierunku niż trzeba. Jakby ktoś chciał przekroczyć granicę to trzeba za niebieskim domem z trzema ulami skręcić w lewo w las. Pewnie błądzilibyśmy tak do zachodu słońca, gdyby nie pan, który widząc nasze niezdecydowanie wsiadł w samochód i pilotował nas kilka kilometrów przez pola. Jaka się później okazało jechaliśmy dawną ścieżką przemytników. W lesie widać było resztki po radzieckich posterunkach. Jesteśmy na Litwie. Szybka kąpiel w jeziorku i jedziemy dalej. Teraz już nie błądząc dojedzmy do świeżo wylanego asfaltu, który niestety szybko się kończy i dalej jedziemy szutrową masakrą. Podrzędne drogi na Litwie są szutrowe i do tego pełne garbów. Miejscowi jeżdżą nimi z prędkością 70-80 km/h dosłownie lecąc nad nimi. My na naszych rowerkach grzęźliśmy co chwila w piachu. 8km dłużyło nam się straszliwie. Dopiero, gdy dojechaliśmy do głównej drogi mogliśmy przyspieszyć. Na najbliższej stacji zakupiliśmy mapę Litwy i przez chwilę napawałem się widokiem cen paliwa. 3.62 LT za litr E95.. ech żeby u nas tak było…

Dojeżdżamy do wsi Weisieje. Pierwsze na Litwie zakupy i jedziemy zobaczyć dom Zamenhoffa. Wieś urokliwie położona nad jeziorami, co skłoniło nas do zostania tam na noc. Próbujemy litewskiego piwka przegryzając pieczoną kiełbaską. 

Tego dnia przejechaliśmy mniej, bo tylko 46 km

 

Dzień 4

Wstajemy rano z zamiarem przejechania jak najdalej, tak żeby następnego dnia być już w Wilnie. Pogoda się trochę psuje, zaczyna padać, zakładamy kamizelki odblaskowe i jedziemy dalej przez Merecz (gdzie przekraczamy Niemen). W Mereczu mija nas kilka par Państwa młodych. Machamy im na szczęście i jedziemy dalej. Do Wilna tylko 101km. Dalej jedziemy A4. Wbrew pozorom nie jest to autostrada ale bardzo ładna droga z szerokim poboczem. Nie ma tego problemu, co w Polsce, ze ciągle musimy odwracać się przez ramie czy nie najedzie na nas jakiś TIR, kierowcy mijają nas zachowując odpowiednia odległość, nieraz machając do nas i pokazując uniesiony kciuk przez okno. Miły gest. Skracamy sobie drogę zjeżdżając z A4 na boczną drogę. Niestety, mimo że jesteśmy już w niedalekiej odległości od stolicy, jakość dróg bocznych wcale się nie poprawiła. Nadal jedziemy wyboistą szutrówką. Jesteśmy jakieś 50 km od Wilna. Postanawiamy przenocować w zagajniku nad strumyczkiem. Okazało się, że niedaleko jest stacja przekaźnikowa i przez całą noc „romantycznie” buczał nam transformator. 

Dystans około 73km.

 

Dzień 5

Pogoda się psuje jest zimniej i zbiera się na deszcz. Pakujemy wszystko dokładnie w worki i ruszamy w drogę. Przez jakieś 20 km jesteśmy zmuszeni jechać pustą, lecz bardzo wyboistą drogą. Zaczyna padać. Raz pada raz przestaje. Gdy dojeżdżamy z powrotem do A4 deszcze rozpadał się na dobre i pada do końca dnia. Ubrani w nieprzemakalne rzeczy pokonujemy kolejne kilometry do stolicy Litwy. Po kilkunastu kilometrach dojeżdżamy do wielkiego znaku VILNIUS. Pomimo deszczu i zimna jesteśmy zadowoleni z osiągnięcia celu naszej wyprawy. Szybkie, pamiątkowe zdjęcie i jedziemy w kierunku centrum. Deszcz pada coraz mocniej. Zatrzymujmy się na stacji na ciepłą herbatkę i batonika. Kupujemy plan Wilna i szukamy noclegów z naszym przewodnikiem. Niedaleko centrum, według przewodnika powinien znajdować się dość tani HOSTEL i tam planujemy zanocować. Po kolejnej godzince i herbatce nie mogąc doczekać się końca ulewy ruszamy do centrum. Trochę zajmuje nam znalezienie lokum, ale w końcu mamy gdzie mieszkać. Pani trochę krzywo patrzy na to że chcemy mieć w pokoju rowery, ale tłumaczymy jej ze musimy dokonać niezbędnych napraw więc w końcu przyzwalająco kiwa głową.  Mamy mały pokoik z łazienką i WC. Nic więcej nie potrzeba. Suszymy rzeczy i układamy plan zwiedzania na następny dzień. 

Przejechaliśmy ok. 60 km.

 

Dzień 6

Zwiedzamy Wilno. Pogoda taka sobie, ale przynajmniej nie pada. Zabieramy wszystko to, co potrzebne i z przygotowanym uprzednio planem ruszamy w miasto. Do zaliczenia wiele ciekawych atrakcji, jak chociażby Wzgórze Zamkowe i Ostra Brama. Wilno nie jest dużym miastem, w zasadzie starówkę można spokojnie zwiedzić w jeden dzień. Porównując je np. do Pragi od razu widać, że ruch turystyczny nie jest tak wielki jak w stolicy Czech. Poza głównymi ulicami: Ostrobramską, Główna i Zamkową, które kuszą nas odnowionymi fasadami domów boczne uliczki już nie wyglądają tak ładnie. Odpadający tynk, miejscami powybijane okna zniechęcają robią trochę przygnębiające wrażenie. Wiele kościołów jest zamkniętych i zaniedbanych, a przykościelne budynki przerobione np.: na magazyny. Niemniej warto poświęcić kilka chwil na poszukanie domu Mickiewicza, zobaczenia panoramy Wilna z Wzgórza Zamkowego, czy przejścia się wśród zabudowań Uniwersytetu Wileńskiego. Po trudach zwiedzania postanawiamy zjeść coś z tradycyjnej kuchni litewskiej. W bardzo przytulnej knajpce zamawiamy Chłodnik Litewski i Zeppeliny (pierwszy raz zamawialiśmy potrawy z przewodnikiem :)). Jeszcze rzut oka na pamiątki i wracamy wieczorkiem do pokoju.

Tego dnia nie przejechaliśmy nic, ale dobre kilkanaście kilometrów pokonaliśmy piechotą. 

 

Dzień 7

Czas ruszać dalej. Pakujemy manatki, i przed opuszczeniem Wilna jeszcze raz jedziemy na Starówkę. Wymieniamy kilka Euro w banku, kupujemy pamiątki, które upychamy w przepełnione już sakwy. Ruszam w stronę Kowna. Jak się jednak okazało, po raz kolejny musimy zweryfikować nasze plany. Na Litwie są jednak autostrady:). Planem dojechania do Kowna na rowerach budzimy sensacje na stacji benzynowej. Zdziwieni pokazując na mapę mówią ze to ponad 100 km i można jechać pociągiem. Chwila zastanowienia i ruszamy drogą nr 16 w kierunku Troków. Trochę się wypogodziło, ale silny wiatr mocno nas spowalnia. Wyczerpani ciągłą jazdą pod wiatr zatrzymujemy się w Trokach na odpoczynek. Chyba się rozleniwiliśmy, bo widząc polankę nad jeziorkiem postanawiamy zabiwakować w nadziei na lepsza pogodę dnia następnego. Okazało się ze rozbiliśmy się na miejskim deptaku nad jeziorem, i co chwila mijają nas przechodnie. Ale co tam, jest lasek, jeziorko i ognisko można zapalić. 

Przejechaliśmy ok. 40km.

 

Dzień 8

Przed wyjazdem czytamy coś o miejscowości gdzie się znajdujemy. Okazało się ze jest to drugie po Wilnie miasto najczęściej odwiedzane przez Polaków.  Wsiadamy na rowerki i jedziemy do centrum. Piękna, słoneczna pogoda tylko umila nam zwiedzanie. Troki są malowniczo położone wśród trzech jezior, gdzie na jednym z nich jest wspaniały zamek. Wedle opowieści w tym zamku zmarł na rękach Jagiełły książę Witold. Objeżdżamy zamek dookoła, kilka pamiątkowych fotek i jedziemy dalej. Mijamy ulicę zamieszkaną przez mniejszość Kraimską. Nie omieszkaliśmy zatrzymać się na ichniejsze tradycyjne danie, czyli pierożek z mięsem (tradycyjnie z baraniną, ale były też z wieprzowiną i cielęciną). Uzupełniamy zapasy i ruszamy dalej. Niestety wiatr wcale nie ustał. Średnia prędkość mocno zmalała, ale chcemy dojechać jak najdalej. Około godziny 19,00 dojeżdżamy na przedmieścia Prienai. Nie chcemy jeździć nocą wiec prosimy gospodarza o możliwość rozbicia się na jego działce i trochę wody. Gospodarz powstrzymując swoją mamę (starsza Pani groziła nam laską) pokazuje gdzie możemy rozbić namiot i jak obsłużyć pompę. Rozbijamy namiot już w ciemnościach i prawie od razu zasypiamy. 

Przejechaliśmy ok. 73 km.

 

Dzień 9

Rano narada wojenna. Z braku czasu rezygnujemy z Kowna i jedziemy do Marianopola.  Po kilkunastu kilometrach zjeżdżamy jednak z głównej drogi i jedziemy dalej boczną, aczkolwiek już asfaltową drogą. Stwierdzamy, ze zamiast tłuc się po mieście zwiedziemy wsie i mniej zaludnione tereny. Wiatr wieje teraz z boku i od razu lżej się jedzie. Pola dookoła i znikomy ruch samochodowy sprawiają, że droga mija nam bardzo szybko. Po drodze zostajemy poczęstowani mlekiem prosto od krowy (Pani schodziła dopiero z pola z kankami  i mleko było jeszcze ciepłe) Wypiliśmy kubek mleka i zaraz Pani dopełniła nam go znowu cos mówiąc po Litewsku. Po trzecim kubku, kiedy mleko dosłownie wylewało nam się nosami, zorientowaliśmy się ze Pani dolewa nam ciągle mleka, bo chciała żebyśmy je zabrali na drogę. Czwarty kubek wypijamy dopiero jak Pani znika za zakrętem. Przez następne kilka kilometrów na każdym wyboju chlupie mi w brzuchu. Do Simnas dojeżdżamy kiedy jest już szarówka. Kupujemy cos na kolacje w czynnym jeszcze sklepie i szukamy miejsc na rozbicie namiotu. Całkowicie już po ciemku rozbijamy się na łączce niedaleko czcin pośród jeziorek. Nie palimy ogniska, szybka kolacja i idziemy spać.

Przejechaliśmy ok. 81km.

 

Dzień 10

Budzi nas warkot samochodu i pukanie do namiotu. Okazało się że rozbiliśmy się na prywatnych stawach hodowlanych 🙂 No faktycznie była jakaś tabliczka, ale po litewsku. A nasz litewski jest mniej więcej na tym samym poziomie, co znajomość teorii rozszczepiania atomu. Niemniej nie zrobiono z tego żadnej afery i po zapewnieniu ze posprzątamy po sobie i nie zostawimy żadnych śmieci pozwolono nam zostać aż przestanie padać i będziemy mogli złożyć namiot.

Około 12 przestaje padać, składamy namiot i ruszamy w drogę kierując się na Ogrodniki. Kupujemy niezbędne batoniki i jedziemy już w kierunku Polski. Przed granicą zatrzymujemy się na obiad wydając prawie wszystkie nasze Lity. Granicę przekraczamy około godziny 19,30 odprowadzani zaciekawionymi spojrzeniami strażników. Biwakujemy nad jeziorem w Ogrodnikach już po polskiej stronie. 

Przejechaliśmy ok. 68 km.

 

Dzień 11

Ok. 22:00 mamy pociąg z Suwałk do Katowic. Mamy dużo czasu, niespiesznie zbieramy się i przez Sejny kierujemy się do Suwałk. W Sejnach zatrzymujmy się na coś słodkiego i na zwiedzanie Bazyliki. Do Suwałk dojeżdżamy kilka godzin przed odjazdem pociągu. Kupujemy bilet i jedziemy na jakąś pizze żeby przeczekać ten czas. (Litwini pytani o pizzerię śmiali się z nas i mówili ze tu pizzy się nie kupi. Faktycznie nie mają spotykanych na każdym kroku jak u nas budek z fastfoodem).

Posileni pizza ruszamy na peron zająć miejsca w pociągu. Nieopatrznie podjechaliśmy pod sam pociąg na rowerach. Natychmiast przed nami pojawiło się dwóch strażników w Teksasu. Dopiero w świetle latarni okazało się ze to SOKiści z Suwałk. Zablokowali nam drogę i kazali iść ze sobą do stróżówki. Na zakończenie miłego urlopu dostaliśmy po mandacie w wysokości 30 zł za „wyścigi na rowerze po peronie”. Próba załatwienia tego przez upomnienie nie dała rezultatu. Widocznie na koniec miesiąca mieli za dużo pustych blankietów i coś musieli z nimi zrobić. I tak z biletem w ręku i mandatem w kieszeni zajęliśmy przedział w pociągu. Natychmiast rozłożyliśmy siedzenia i przespaliśmy prawie całą drogę do Katowic.

 

 

Podsumowując: 

W sumie przejechaliśmy około 700km. Co do Litwy to z czystym sumieniem mogę ją polecić każdemu rowerzyście. Przed wyjazdem wiele czytałem o różnym nastawieniu Litwinów do Polaków, że lepiej nie mówić na głos po polsku itp. Nam takie rzeczy się nie przytrafiały. Wszyscy traktowali nas bardzo życzliwie, częstowali mlekiem, owocami, czy machali z mijanych samochodów i chodników. Po drodze raz spotkaliśmy inną ekipę z Polski, którzy na rowerach wracali ze spływu kajakowego. Ruch samochodowy jest niewielki, a kierowcy bardzo kulturalnie zachowują się w stosunku do rowerzystów nie „klepiąc” ich po tyłkach lusterkami ale omijają zachowując bezpieczna odległość. Stosunkowo niewielka średnia zaludnienia powoduje, że wsie rozrzucone są w dużych odległościach od siebie i jedzie się wśród lasów, łąk i pól. W związku z tym nie ma żadnego problemu z rozbiciem się w lesie na dziko.

O ile główne drogi mają niezłą nawierzchnię i dość szerokie pobocze i tyle boczne drogi pozostawiają wiele do życzenia. Miejscami baliśmy się o nasze rowery ale dały rade i obyło się bez napraw. 

Nie interesowaliśmy się komunikacją publiczną, ale można było zauważyć ze nie jest tak rozbudowana jak w Polsce. Ceny podobne jak u nas, przelicznik w zasadzie 1:1. Nie natrafiliśmy, poza jedna małą galerią handlową w Wilnie, na duże hipermarkety. W każdej wsi jest jakiś samoobsługowy market wielkości małej Biedronki. Stacje benzynowe nie tak liczne jak u nas i brak wielkich koncernów paliwowych. Ceny dużo tańsze niż u nas: E95 około 3,67; za E92 płaciło się jeszcze mniej.

 

Kasia i Łukasz Fotograficzny 😉

 

 

Łasunalia 2003

HALA GÓROWA

 
Łasunalia, czyli wielkie żarcie i Puchar Iwonki.
Wyjechaliśmy w piątkę (Basia Pięta, Asia Soroka, Klaudia Niklas – Apaczowa, Mirek Pietrzak i Ja = Krzysztof Mrozowski) w sobotę skoro świt (no prawie 🙂 moim nie zawodnym Peugeotem 106 ostatnie cztery tygodnie spędził u mechanika :, okazał się bardzo pakowny 5 osób, 5 plecaków, 2 pary nart (w środku) i gitara. Tak to jest jedni wskakują na pokład inni zostają na brzegu a jeszcze inni spóźniają się na samolot – hmm… nie wiem o czym pisze chyba straciłem wątek. 
W każdym razie dotarliśmy do Sopotni Wielkiej i udaliśmy się na Hale Górową. Po zdobyciu i dotarciu do chatki – bacówki spora ekipa czekała przed! szałasem bo ja miałem do niej klucz 
🙂 Mielismy być rano ale chyba wycieczka po Oszołomie zjadła nam dużo czasu i „skoro świt” też się opóźnił. Czekającym Watrowiczom nuda nie przeszkadzała i karimatora (toru do zjazdu na karimatach) nie wybudowali, lenie tłumaczyli się brakiem łopaty. Jako student 3 roku (po 5 latach 🙂 budownictwa wziąłem sprawe w swoje ręce wytyczyłem zaprojektowany na autocadzie : karimator, a wykonaniem zajęli się mgr inż. Świstak (Jurek Machura), który przeobraził się w papucia oraz Gandzia (Darek Kandzia). Po wybudowaniu pierwszej połowy karimatoru jako przedkarimaciarz zabrałem się do testowania. Po przejechaniu wybudowanej części, wyjechałem na stok, osiągnąłem prędkość dźwięku i poszedłem w ślad Iwonki Taracińskiej – dzwon, wypiąłem w krajobraz czyli centralnie uderzyłem w dorodny świerk, mi się nic nie stało ale 40 letni świerk poległ, nie ma to jak kask Petzla 🙂 
Wkrótce rozpoczęły się zawody, Papuć (Jurek Machura) pitnoł do doma – żona kazała mu być przed 22.00 na kolacje – małżeństwo jest sztuką kompromisu :. Jadąc na super ponaddźwiękowej karimacie tuningowanej w warsztacie Carrola Nędzy (Grzegorz Król) wpadłem w płaski korkociąg czy jak kto tam woli zasłonił mi widok kaptur i walkę o pierwsze miejsce przegrałem z niezwyciężonym Vityą (Witek Pietrzak), który okazał się o 0,1 sekundy lepszy. W kategorii kobiet wygrała Justyna Gurowiec. Do pomiaru czasu został zastosowany super nowoczesny i dokładny uwzględniający błąd względny i bezwzględny ( ci co mieli mechanikę budowli kumają bazę) zegarek na ręke firmy „no name” oraz dwie foto komórki Zosia (SKPB Katowice) i ktoś tam jeszcze – nie pamiętam kto.
Wieczorem po zawodach odbyło się wielkie żarcie łakoci. Słodycze była cała gama różne, różniste od A do N, kto co chciał ( no prawie, nie było marcepana). Żeby dużo zjeść należy stosować zasadę „3P” przekroić, przeżuć i pożreć. W przerwie jedzenia słodyczy odbyło się oficjalne ogłoszenie wyników i uroczyste wręczenie pucharów. Podczas całego wieczoru przygrywał nam chór – mało osobowy, jednoosobowy, ale za to wysokogórski czyli Basica (Basia Pięta) lub Pamel (Mirek Pietrzak). Z rańca po dojedzeniu resztówek poprzedniego wieczoru była jeszcze potrawa trzeciego świata – Ugandyjski mix czyli gorąca czekolada z mlekiem w proszku. Niestety budyniu turbo czekoladowego z polepszaczami nie było, bo nikt nie miał odwagi go zrobić. Nad całą imprezą czuwał oczywiście „Big brother” (Wielki Brat napój alkoholowy, barwiony 12-14%, pojemność 0,7l.) O powrocie nie ma co pisać, bo to nic ciekawego. Ogółem było 22 osoby w tym dwie SKPB Katowice. Reszta klubowiczów została w Gliwicach, żeby wyłowić pieniądze z fontanny na rynku i poprawić ciężką sytuację finansową klubu 🙂 Jak ktoś ma jeszcze jakieś spostrzeżenia do wyjazdu to niech pisze. – k_mrozowski@poczta.onet.pl . Film z Łasunali został nakręcony przez Seweryna i jest dostępny dla wtajemniczonych 🙂
 
©Krzysztof „MasterMrozio” Mrozowski
 
 
Udział wzięli:
1.Asia Sroka (AKT)
2.Klaudia „Apaczowa” Nikłas
3.Darek „Gandzia” Kandzia (AKT)
4.Marcin Wieliczko
5.Justyna Gurowiec (AKT)
6.Marcin Margraf (AKT)
7.Damian Socher
8.Ewa „Mysza” Starzyk
9.Krzysztof „MasterMrozio” Mrozowisk (Prezes AKT)
10.Mirosław”Pamel” Pietrzak (AKT)
11.Robert „Generał” ………
12.Maciek „Ciej” Rabsztyn
13.Zofia Dembowski (SKPB Katowice)
14.Racibor Dembowski (SKPB Katowice)
15.Marcin Koem
16.Witold „Vitya” Pietrzak (AKT) 
17.Jerzy ………..
18.Andrzej „Prion” Ekiert (AKT)
19.Seweryn …………..
20.Ola …………..
21……………..
22……………..

Grossglockner 2004

 

Termin: 

27 lutego – 4 marca

 

Uczestnicy:

Krzysztof „MasterMrozio” Mrozowski (PREZES – AKT”WATRA na 

skitourach i antybiotykach)

Sławomir „Czarny” Biernacki (AKT na skitourach)

Jacek Sobelski na piechotkę

Arek „Arecki” Filla

 

Cel: 

Zdobycie zimą najwyższego szczytu Austrii Grossglocknera 3798 m.n.p.m.

 

Osiągnięcia: 

Osiągnięta wysokość około 3250 m.n.p.m., powrót w całości pomimo zejścia lawiny.

 

 

A w skrócie wygIądało to tak: wyjechaIiśmy w nocy z 27-28 lutego, i już po przejechaniu 867 km czyli 11 i pół godziny jazdy dotarIiśmy do schroniska Lucknerhaus na wys. 1918 m.n.p.m. Pomimo zimy parking był odgarnięty do czarnego asfaltu. Zmęczenie drogą dało się we znaki, więc postanowiIiśmy nie podchodzić do wyższego schroniska Studihutte, tylko poszukać noclegu gdzieś niżej. Wyśmienite wydały się widoczne w pobliżu zabudowania i szałasy. I tu niespodzianka – jeden z domów był otwarty i wyglądał w środku na miejscową plebanię. Mieliśmy miejsce na pierwszy nocleg, ciepłe, suche i w pełni komfortowe .

Nazajutrz wyruszamy w górę, Jacek i Arek bez nart, Prezes i ja na skitourach. Po drodze mijają nas grupki miejscowych skitourowców zadziwionych wielkością naszych plecaków. O 10:00 jesteśmy już przy Lucknerhutte 2241m.n.p.m., schronisku letnim zaryglowanym na cztery spusty w okresie zimowym. Chwile odpoczywamy, mijają nas skitourowcy z Czech pomykający z góry, których samochód widzieliśmy na parkingu. Wszyscy pochodzący na Iekko już nas wyprzedzili, a my mozolnie krok po kroku pniemy się w górę. O 14 docieramy do celu. Mijamy beczkowate schronisko Studhutte pięknie położone na wysokości 2802 m.n.p.m., a zaraz za nim schron zimowy. To mały bardzo przytulny domeczek z piecem, garnkami, materacami i kocami. Wewnątrz jest też oświetlenie z baterii słonecznych (co odkryliśmy dopiero przy ostatecznym opuszczaniu schronu 🙂 i bardzo mila wygódka. Jest też skarbonka na opłatę za nocleg, jedyne 10 euro, ale zapomnijmy o skarbonce. To była nasza baza na kolejne parę dni. Nikt poza poza nami w tym czasie nie zastukał do drzwi.

Następnego dnia o 9:00 wyruszamy dalej w górę, cel schronisko Erzh Johann położone na samej grani na wysokości 3451 m.n.p.m. Na początku łukiem trawersujemy przeciwlegle zbocze a potem dość stromo wychodzimy na lodowiec Kodnitz. Tu już wiatr od grani Grossglocknera daje się mocno we znaki, pomimo słońca jest potwornie zimno a wiatr jeszcze potęguje to uczucie. Po drodze widać wyraźnie przewagę nart nad pieszymi. Po drodze mija nas dwójka Austriaków pomykających z góry. Z tego, co zrozumieliśmy, na górze strasznie wieje tak, że nie ma szans na wejście szczytowe. Postanawiamy odsapnąć trochę, osłonięci od wiatru przez skały, przed najostrzejszym podejściem. Arecki zastanawia się czy nie zawrócić bo ma przemoczone i zmarznięte buty. Jacek twierdzi, ze Arek sam schodzić nie będzie, i jak schodzą to tylko w dwójkę. Warto zaznaczyć, że stali już w dwójkę na szczycie tylko w porze wiosenno-letniej oraz, że już raz próbowali zdobyć górę zimą razem z Krzychem. Postanawiamy rozgrzać się herbatka z termosu i przedyskutować, co dalej. Wiatr mimo osłony skalnej zacina niemiłosiernie. Zaglądam do pobliskiej szczeliny Iodowej, robimy pamiątkowe fotki. Arecki się troszkę ogrzał i decyduje: idziemy dalej i jak mamy iść to już. Jak powiedział tak zrobił, a my w tym czasie pakujemy termosy i aparaty do plecaka … i nagle ŁUP i krzyk Jacka „K.. .a lawina !!! „, kątem oka widzę sunące tuz obok mnie zwały śniegu, przyklejam się jeszcze bardziej do ściany. Tak nagle jak się zaczęło tak nagle się skończyło. Gdzie Arecki ? Jest widać go, biegniemy z Jackiem i wyciągamy przysypanego do potowy Arka…. zamiast zrobić zdjęcia jak później stwierdziIiśmy 🙂 Zabieramy się szybko z lawiniska, widoczna jeszcze przed chwilą szczelina jest już zasypana zwałami śniegu. Reakcja lekko zszokowanego Arka jest do przewidzenia rezygnuje zdecydowanie schodzi w dół Jacek będzie go asekurował. Zostawiają nam decyzje, co robimy dalej. Z jednej strony chęć zdobycia góry, z drugiej strach i zmęczenie – i wtedy Prezes rzuca jedno ze stwierdzeń jego dziadka :”lepiej być żywym tchórzem niż martwym bohaterem” i tym przechyla języczek u wagi – schodzimy. Zdejmuję foki do zjazdu i wiatr wyrywa mi wbitą do śniegu jedną nartę, na szczęcie nie odjechała za daleko, jakieś 300m. Prawie całą drogę zjeżdżam na nartach. Prezesowi coś narty nie jadą i w końcu przypina je do plecaka i schodzi na piechotę. 0 15.00 docieramy do Studla, atmosfera jakaś przygaszona. Wieczorkiem ożywamy, reperujemy sprzęt, robimy grzaneczki w piekarniku, żartujemy z Areckiego, że już nawet lawinę zaliczył i nic go już nie ruszy.

Pojawiają się pomysły o ponownym ataku szczytowym, ale w następnym dniu pogoda siada, a prognozy otrzymane od Darka i Maćka via sms są mało optymistyczne. Postanawiamy schodzić następnego dnia. Wcześniej jeszcze zaliczamy pobliską górkę. Przy schodzeniu pagoda coraz gorsza, słaba widoczność, a do tego na dole ślady odwilży. Po drodze gdzieś w dali schodzi lawina. Decyzja choć przykra była chyba jedyną słuszną. W komplecie docieramy do parkingu, mijając po drodze znak ,,uwaga lawiny”, podobno niektórzy go nie zauważyIi gdy ruszaliśmy do góry. 

Ale zostało jeszcze kilka dni urlopu trzeba go jakoś wykorzystać. Ruszamy w kierunku Słowenii zwiedzić tamtejszą Skotjanską Jame. Naprawdę warto zwłaszcza w tak malej grupie: nasza czwórka , przewodnik i pojedynczy Japończyk. Warto też zabrać ze sobą aparat pomimo, że oficjalnie obowiązuje całkowity zakaz robienia zdjęć. Myśmy nie zabrali aparatu a przewodnik pozwalał robić zdjęcia do wali, cóż za pech. Na szczęście Jacek zabrał kamerę bo bał się jej zastawić w samochodzie. Największe wrażenie robi podziemna rzeka płynąca w ogromnej sali prawie 100 m poniżej ścieżki turystycznej a wypływająca na powierzchnie dopiero we Włoszech koło Triestu.

Na ale urlop trwał dalej. Może by tak zmienić kilmat na cieplejszy? No, to najbliżej do Chorwacji!! Wzdłuż wschodniego wybrzeża Istrii do zagubionej zatoczki gdzieś między Makarską a Labinem. A może wcale nie było ciepłe choć słonko już przygrzewała południowo. Na wyspie Krk widać było resztki śniegu. Poleniuchowaliśmy troszkę, powspinali się na przybrzeżnych skałkach i jakoś zatęsknili za domem, no to do samochodu i do domu…

 

 

tak to zapamiętałem.

Sławek Biernacki

 

Zimowe przejście grani Tatr Zachodnich

marzec 2006

opowiada Darek Kandzia
 
Właściwie to już nie pamiętam, kiedy zrodził mi się pomysł przejścia zimą całej grani Tatr Zachodnich, ale jakoś trzy może cztery lata temu ktoś w Klubie (chyba Maciek) wspomniał o takim projekcie. Wtedy nie byłem na to gotowy – uważałem, że wpierw powinienem przejść grań w korzystniejszych warunkach niż zimowe. Kiedy w czerwcu 2004 roku z Sajmonem (Szymon Sazanów) „przybiliśmy piątkę” na przełęczy Liliowe gratulując zakończenia przejścia GGTZ (Głównej Grani Tatr Zachodnich) wiedzieliśmy ze grań czeka na nas zimą. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że będzie to przedsięwzięcie znacznie bardziej wymagające, trudniejsze, niebezpieczne. Do realizacji projektu jakoś mi nie było spieszno, więc odłożyłem to na dalszy plan. Pomysł odżył na obchodach 45-lecia AKT „Watra”, na których po dłuższej przerwie spotkałem się z prezesem. Popijając złociste napoje Sajmon zaczął mniej więcej:
-…a pamiętasz zachodnie ?
– oczywiście,
– a co z zimą ?
– 🙂 ??? …
Wtedy stwierdziłem, że jak Sajmon wspomina o grani zimą to trzeba się tym zająć na poważnie a wtedy pewnie coś z tego wyjdzie. Tak się złożyło, że tego samego wieczoru zaglądnąłem do archiwalnej kroniki z wyjazdów klubowych wyłożonej wśród pamiątek AKT i natknąłem się w niej na opis podobnego wyjazdu z lat 80-tych. Wtedy Tatry zawróciły z grani w drugim dniu brnięcia w śniegu ekipę Dzidy. Miałem przekonanie, że zrealizowanie planu zimowego przejścia GGTZ w honorny, turystyczny sposób uczci 45-lecie naszego Klubu. Po powrocie z obchodów 45-lecia pomysł zaczął dojrzewać, pozostało zebrać ekipę, sprzęt i ustalić termin. Szymonowi pasował prawie każdy termin – student jak zarwie tydzień to wielka krzywda się nie stanie:), pozostali potencjalni uczestnicy musieli już liczyć się z wolą pracodawcy. Najbardziej pasującym i prawdopodobnym okazał się termin końca kalendarzowej zimy, wtedy dzień jest już dłuższy, ale z reguły są większe opady śniegu, co może skutecznie pokrzyżować plany. Optymizmem nie napawały olbrzymie opady śniegu z początku roku mówiono, że to zima stulecia – ale kto mówił, że ma być łatwo. Jak to zwykle bywa ekipa topniała wraz z zbliżającym się terminem wyjazdu – jedni naczytali się o lawinach, innym sprawy służbowe nie pozwalają na kilka dni wolnego. Ostateczny skład wykrystalizował się na tydzień przed wyjazdem, jedzie nas czworo – całkiem niezły skład. Na czwartkowym zebraniu klubowym ustalamy szczegóły, ciągle waham się czy nie odwołać wyjazdu – na zewnątrz cały czas sypie. Przez najbliższe dni z uwagą śledzę komunikaty lawinowe i prognozy pogody, do wyjazdu pozostały już tylko godziny.
 
 

Poniedziałek, 13.03.2006

Godzina 17:00 zbiórka przed Klubem. Spóźniam się kilka minut, po przybyciu okazuje się, że niewiele, bo chłopaki pakują jeszcze namioty. Pożegnać przychodzi nas Mrozu i narzeczona Sajmona. Bardzo nas cieszy ten fakt, aczkolwiek Mrozu mówi, że być może widzi nas już ostatni raz – dziwne czyżby wyjeżdżał? 🙂 My na pewno zamierzamy wrócić cało i zdrowo. Pakujemy nasze bagaże do samochodu Marcina – dzięki niemu już za kilka godzin znajdziemy się na starcie naszej wycieczki. Robert z Sajmonem chcą odwiedzić jeszcze jakiś sklep pasmanteryjny – brakuje im sznurków lawinowych. Z godzinnym opóźnieniem wyruszamy z Gliwic. W Korbielowie zatrzymuje nas patrol Straży Granicznej, sprawdzają dokumenty i pytają gdzie się udajemy. Dobrze że nie spytali gdzie przekroczymy granicę w drodze powrotnej :). Około 21:30 przybywamy w okolice Wyżniej Huciańskiej Przełęczy. Mroźne powietrze nie zachęca po opuszczenia nagrzanego samochodu. Przytraczamy resztę ekwipunku, zakładamy plecaki. Klniemy na ich przygniatający ciężar: żarcie na cały tydzień, lina, taśmy, uprzęże, kaski, raki, czekany, śruby, łopatki śniegowe itd. wszystko niby lekkie, ale sumarycznie jak wór kamieni. 22:00 – żegnamy Marcina i wyruszamy w kierunku Przełęczy Huciańskiej. Na początku forsujemy 3 metrowe bandy śniegu z odśnieżania szosy. W lesie zero śladów, czasami zapadamy się po pas, torujemy leśnym duktem. Po jakimś czasie stwierdzam, że chyba coś za bardzo schodzimy w dół, jednak przez drzewa z dala widać jakąś polankę to pewnie przełęcz. Po chwili okazuje się, że doszliśmy do kamieniołomu przy szosie. Po kilkunastu minutach znów stajemy na Wyżniej Huciańskiej, około 23:30 zaczynamy rozstawiać namioty w lesie. Musimy wypocząć jutro czeka nas spore podejście. 
 
 

Wtorek, 14.03.2006

Godzina 6:00 – pobudka – dziś taryfa ulgowa wstaliśmy później, postanawiamy poprawić się w kolejnych dniach w końcu to nie wczasy. Gotujemy jedzonko, zaparzamy herbatę. Pogoda nie napawa optymizmem – jest dość pochmurno, może sypać. Około 8:00 wyruszamy w kierunku Huciańskiej. Wchodzimy na Huciański Beskid. Zapadając się po pas, po prawie godzinie:) wchodzimy na niewybitne wzgórze w grani – Huciańską Grapę, niżej widoczna jest już przełęcz. Dalsze torowanie wśród polan nie ma większego sensu, musimy podążać w przeciwnym kierunku a czasu coraz mniej. Wracamy na Wyżną Huciańską, z której od godziny 10:00 zaczynamy podążać w kierunku Białej Skały.
Przecieramy szlak, wygląda jakby ktoś tędy szedł – lekko widoczne wgłębienie zasypane świeżym śniegiem, które szybko zanika. Żartujemy, że owszem szedł ktoś, ale poprzedniej zimy. Śniegu jakby więcej, a droga pnie się coraz bardziej. Czasami pojawiają się niewyraźne ślady nart. Postanawiamy zmieniać się w torowaniu co 15min, może dzięki temu nie padniemy tak szybko. Zza chmur przebijają się pierwsze na tym wyjeździe promienie słońca – morale rośnie, ale zmęczenie także. Powoli posuwamy się do przodu. Widać pierwsze formacje skalne – wapienie Białej Skały. Odbijamy od znakowanego szlaku i podchodzimy pod Jaworzyńską Kopę (Jaworzynę). Od podnóża szczytowych turni Jaworzyny przedzieramy się gęstym lasem na Białe Wrótka (Przełęcz pod Białą Skałą). Chcemy podejść pod ścianę szczytową Białej Skały, jednak musimy pokonać spore śnieżne ścianki. Nachylenie takie że powierzchnia śniegu z przodu jest na wysokości ramion – jak tu zrobić krok do przodu ? 🙂 
Sporo śniegu się osuwa, stępując z nogi na nogę zapadam się coraz bardziej. Gdybym miał kolana na wysokości pasa, a pas gdzie ramiona to jakoś bym zrobił krok w przód, a tak to poruszanie się przypomina raczej czołganie, do tego te ciężkie wory – k…a! nie mamy szans. W takich warunkach to my na ten Siwy Wierch pójdziemy ze dwa dni – rzucam lekko zdołowany. Otrzymujemy motywującego:) smsa: „Powodzenia, dokopcie tym pieprzonym górom”. Czekolada osładza chwilę przerwy. Z Białej Skały schodzimy na Białą Przełęcz. Z wielką ostrożnością wybieramy dalszą drogę – błąd z pewnością kosztowałby przedzieranie się przez gęste choinki, co byłoby kolejnym atutem, aby „dać sobie siana”. Ale my tak szybko się nie poddamy musimy dojść, co najmniej tam gdzie ekipa Dzidy – mówię sobie po cichu. Widać już szczytową kopułę Siwego Wierchu, na który mamy wejść. Grań robi się coraz bardziej skalisto-przepaścista, idziemy z wielką ostrożnością, osunięcie w najlepszym wypadku może kosztować sporą utratę wysokości. Jesteśmy powyżej granicy mgieł i chmur przykrywających doliny, słońce dogrzewa – piękna, inwersyjna pogoda. Podziwiamy widoczki na dalsze szczyty Tatr, na horyzoncie Babia Góra. Mieliśmy nadzieję, że powyżej granicy lasu śnieg będzie wywiany jednak jest inaczej, aczkolwiek zapadamy się już tylko za kolana. Z mozołem wdrapujemy się na Siwą Kopę. Torowanie w znaczny sposób utrudnia kosówka – śnieg ją pokrywający nie wytrzymuje naszego ciężaru i wpadamy jej giętkie krzewy. W skalnym ogrodzie Siwego Wierchu obserwujemy piękny zachód słońca. 
Z ostrożnością omijamy studnię wejściową jaskini. Wdrapując się po wapiennych skałach stajemy na wierzchołku Siwego Wierchu. Słońce już za horyzontem, wschodzi księżyc, robi się coraz zimniej. Ruszamy w kierunku przełęczy, na której chcemy przenocować. Śnieg jest już dość zmrożony, więc idzie się dość dobrze. Kilka minut po 19, w świetle księżyca dochodzimy w okolice przełęczy zwanej Jałowiecką Palenicą. W tym miejscu spore opady śniegu zawróciły poprzednia ekipę klubową, która w latach 80-tych próbowała przejść grań zimą. Rozstawiamy namioty znajdując w miarę równe i twarde podłoże – pod nami zasypana kosodrzewina. Po posiłku zasypiamy niemalże natychmiastowo.
 
 

Środa, 15.03.2006

Wstajemy kilkanaście minut po piątej. Gotujemy jedzonko, herbatę i pakujemy nasz dobytek. Czynności poranne zabierają nam sporo czasu – jutro będzie lepiej obiecujemy sobie. Ruszamy o 9:20 początkowo jest słonecznie, jednak mgły z dolin podnoszą się, co nie wróży dobrej pogody. Podchodzimy w kierunku Zuberskiego Wierchu.
Idąc tędy porą letnią widoki są ograniczone – przesłaniają je wysokie krzewy kosodrzewiny – teraz łany kosówki zasypane są śniegiem, a my poruszamy się na jego powierzchni. Pokrywa jest dość zmrożona jednak, co kilka kroków nie wytrzymuje ona naszego ciężaru i zapadamy się w kosówkę. Wchodzimy na Małą Brestową Kopę a następnie na szczyt Brestowej Kopy, na której wspominamy tragiczny wypadek lawinowy, jaki wydarzył się tej zimy nieopodal w Spalonym Żlebie. Mgły z dolin doganiają nas i widoczność się pogarsza. Grań robi się ostrzejsza, w stronę Skrajnej Salatyńskiej Doliny spore nawisy śnieżne. Rozwijamy sznurki lawinowe i wyciągamy czekany. W kilkunastu metrowych odstępach pokonujemy trudniejszy, lawiniasty odcinek. Od Skrajnej Salatyńskiej Przełęczy idziemy już w całkowitej mgle. Pokrywa śniegowa na podejściu na Salatyński Wierch (Wielki Salatyn) całkowicie zmrożona (beton). W pokonaniu stromego, zalodzonego zbocza pomocny staje się czekan. Po kilku metrach zastanawiam się, czemu nie założyliśmy raków :), założenie ich obecnie jest już zbyt ryzykowne, kopiemy czekanem stopnie i pniemy się dalej. Na szczycie Salatyna – pierwszym dwutysięczniku od zachodu – robimy krótki odpoczynek. Odbieramy smsy od Pamela i Sławka z komunikatami pogodowymi i lawinowymi. Informacje te nie napawają nas optymizmem: „…tak jak wczoraj 3 stopień zagrożenia lawinowego…” „…niebo zachmurzone, lekki śnieg, temp. od -4 do -9, wiatr”. Zejście na Zadanią Salatyńską Przełęcz (Przełęcz pod Dzwonem) w całkowitej mgle stwarza nam problemy orientacyjne. Zastanawiamy się czy czasami nie schodzimy jakimś zboczem do doliny. Może jednak zeszliśmy już za dużo, albo schodzimy jakąś boczną odnogą – rozważamy różne warianty. Wyciągam mapę i przykładam ją do kompasu – wszystko wskazuje, że idziemy w dobrym kierunku, schodzimy dalej. Dochodzimy do skał na wyraźnym już grzbiecie grani – wszystko pasuje przed nami Grań Skrzyniarek, która ma nas zaprowadzić na Spaloną Kopę. 
Pogoda się pogarsza – zaczyna sypać śnieg i wieje. Lawirując miedzy skałami pniemy się do góry. Kilkukrotnie wydaje nam się, że już jesteśmy na wierzchołku Spalonej jednak przed nami pojawiają się wyższe turnie. Śnieg osuwa się spod nóg, chowamy kijki i wyciągamy czekany. Zamarznięte i dzięki temu niezłożone do końca kijki wystają poza bryłę mojego plecaka skutecznie przeszkadzając w poruszaniu się po skalnych półkach. Z wierzchołka Spalonej Kopy kierujemy się na Spaloną Przełęcz, z której skalistą i przepaścistą granią wdrapujemy się na wybitny szczyt Pachoła. Z wielką uwagą wyszukuję chwyty i robię kolejne kroki, nie chcę nawet pomyśleć, jaka by była trajektoria lotu w tym stromym wypiętrzeniu. Widoczność nieco się polepsza – widać już na kilkanaście metrów jednak chmury nadal przesłaniają dalszy plan. Początkowo schodzimy bocznym żebrem, jednak w porę korygujemy zły kierunek i trawersujemy w kierunku przełęczy. O 17:50 stajemy na Banikowskiej Przełęczy, na której postanawiamy zabiwakować. Po wykopaniu platform rozstawiamy namioty. Tuż przed zmrokiem odsłania się widok na Spaloną, Pachoła i Baniówkę, widać sąsiednie doliny. Wiatr wzmaga się coraz bardziej, szarpie namiotem, nie pozwala zasnąć.
 
 

Czwartek 16.03.2006

Budzimy się kilka minut po piątej. Pogoda znacznie się pogorszyła: kiepska widoczność, pada śnieg, mamy jednak nadzieję, że do naszego wyjścia polepszy się. Wykonujemy standardowe poranne czynności: topimy śnieg, gotujemy jedzenie, herbatę. Wiemy, że dziś czeka nas trudny technicznie odcinek. Ubieramy uprzęże – czujemy, że z pewnością się dziś przydadzą. Śnieg sypie nadal – nie ma sensu czekać na poprawę – wyruszamy o 8:20. Otrzymujemy kolejnego motywującego sms’a: „…cisnąć i żeby wam ikry nie brakło…”. No to ciśniemy – po 30 minutach stajemy na Banówce – najwyższym szczycie Tatr Zachodnich leżącym w jej grani głównej. Za mgły widać pierwsze metry trudniejszego odcinka, jaki musimy przejść. Pogoda nadal bez zmian ciągle pada i trochę wieje. Sms’owe prognozy były bardziej optymistyczne „…trochę słońca rano, później chmurki, śnieg, temp -3 do -10, wiatr” – zastanawiam się gdzie to słońce – chyba żeśmy je przespali:). Sytuacja lawinowa bez zmian nadal 3 stopień. Zakładamy raki, rozwijamy linę i się wiążemy. Ostrze grani chcemy przejść z lotną asekuracją – tak będzie w miarę bezpiecznie. Sajmon rozwesela nas kawałem o blondynkach, po którym ruszamy dalej. Pierwszy idzie Darek, oddajemy mu większe pętle na ewentualne stanowiska.  
Asekuruję go „z czekana”, gdy dochodzi w bezpieczniejsze miejsce asekuruje mnie w dojściu do jego stanowiska. W następnych etapach przechodzi Sajmon a za nim Robert. Ekspozycja spora, każdy krok robimy z wielką ostrożnością. Na stromych płytach ciężko znaleźć dobre oparcie dla czekana, mam nadzieję że wąska półka wydeptana w śniegu wytrzyma i śnieg się nie obsunie. W sumie to dobrze, że jest mała widoczność przynajmniej nie widać w całości „lufy” i podciętych skał, wzdłuż których idziemy. W pewnym momencie odnajdujemy zasypany łańcuch ubezpieczający szlak, wpinamy się do niego lonżami. Schodzimy na Przełęcz nad Zawratami, na której uwalniamy się od liny. Opady śniegu ustają, momentami odsłania się słońce. Przejście grani Banówki dostarczyło nam z pewnością wiele emocji. Wchodzimy na szeroki i rozłożysty szczyt Hrubej Kopy. Na podejściu znów przychodzi nam się zmagać z zapadającym się śniegiem, który od promieni słonecznych robi się coraz bardziej mokry. Od południa zza chmur wynurza się potężny, oświetlony słońcem masyw Barańca. Schodzimy na Przehybę pod Hrubą Kopą. Przed nami grupa turni nazwanych Trzema Kopami. 
Przechodziliśmy już tędy wcześniej i dobrze pamiętamy, że to poszarpana grań, urozmaicona wcięciami wąskich i głębokich szczerbin, opadająca na obie strony stromymi i przepaścistymi ścianami. Wiążemy się liną i ruszamy dalej. Pokonujemy pierwszy wierzchołek – Szeroką Kopę. U podnóża Drobnej Kopy zastanawiamy się jak przejść kolejny odcinek, którego pierwsze kilkanaście metrów wygląda jak ostrze noża. Szereg urwistych skał przysypanych metrową warstwą śniegu wygląda z przełączki dość imponująco. Idziemy w zasadzie w pozycji siedzącej – okrakiem na śnieżnym koniu. Lewa noga w zasadzie zwisa w pionową przepaść, prawa odchylona do nachylenia urwistego zbocza nawianego śniegiem. Mamy nadzieję, że śnieg a w zasadzie nawis śnieżny wytrzyma nasz ciężar. Co kilka metrów robimy stanowiska w śniegu i asekurujemy następnego na linie. W taki sposób dochodzimy do kominka, który wyprowadza nas na kolejny wierzchołek Trzech Kop – Drobną Kopę. Schodząc wpinamy się lonżami do łańcucha, który wystaje spod skał. Z kolejnej przełączki po pochyłej płycie wdrapujemy się na Skrajną Kopę, na której robimy dłuższy odpoczynek.
Niestety chmury przysłaniają nam widoki na dalszą część trasy aczkolwiek momentami zza chmur wyłaniają się Rohacze. Podczas postoju spotykamy pierwszych turystów – Słowaków, którzy podchodzą na grań z pobliskiego schroniska na nartach ski-turowych. Przyglądając się ich wyposażeniu nie dajemy im szans na przejście dalszej grani nawet po naszych śladach. Schodząc w kierunku Smutnej Przełęczy wchodzimy już w całkowitą mgłę. W oddali słychać szusy zjeżdżających Słowaków – jednak nie dali rady. Ze Smutnej Przełęczy pniemy się do góry granią na szczyt Rohacza Płaczliwego. Wiatr wzmaga się coraz bardziej, mamy nadzieję, że na wierzchołku znów powita nas słoneczna pogoda. Po zaśnieżonych blokach skalnych wchodzimy na wierzchołek. Niestety chmury dookoła i z widoków nici. Wydeptany śnieg na wierzchołku zdradza niedawny pobyt jakichś turystów. Mroźny wiatr nie pozwala na dłuższy odpoczynek, łyk ciepłej herbaty z termosu i ruszamy dalej. Schodzimy szerokim grzbietem-stokiem w kierunku Żarskiej Przełęczy wiemy, że musimy odbić na Rohacką Przełęcz jednak we mgle nie zauważamy odejścia i schodzimy dalej. Po jakimś czasie zauważamy, że coś nie tak – spoglądam na wysokościomierz – zeszliśmy około 100m w pionie za nisko. Pewnie we mgle nie zauważyliśmy kierunkowskazu odbicia szlaku. Wracamy się z powrotem do góry, jesteśmy już zmęczeni i idziemy dość wolno. Dochodzimy do miejsca odbicia szlaku, słupek wskazujący odejście zasypany śniegiem prawie po sam wierzchołek. Schodzimy na Rohacką Przełęcz. Około 17:40 oszronieni przez wiatr dochodzimy do wypłaszczenia przełęczy. Zastanawiamy się czy iść dalej – pewnie zmrok zastałby nas na Rohaczu Ostrym, wiec postanawiamy zostać. Wyrównujemy śnieg i rozstawiamy namioty. Po posiłku, z Sajmonem nad mapą analizujemy naszą trasę – od początku przeszliśmy odcinek, który wiosną zrobiliśmy w jeden dzień :). Zastanawiam się czy damy radę przejść grań przed zakończeniem kalendarzowej zimy – pierwszy dzień wiosny we wtorek, ale o której godzinie?
 
 

Piątek 17.03.2006

Wstajemy o wczesnej, standardowej już od kilku dni porze. Nocny opad naniósł kolejną kilku centymetrową warstwę białego puchu, strząsamy śnieg i szron z namiotów. Pogoda nadal bezwidokowa – mgła nawet jakby gęściejsza. Wskakujemy w uprzęże i wyruszamy kwadrans po ósmej. Otrzymujemy kolejny komunikat lawinowy – dziwi nas, że po nocnych opadach zmienił się na dwójkę lawinową. Po kilkudziesięciu metrach wiążemy się liną. Wśród skał i śniegu podchodzimy granią pod Rohacza Ostrego. Świeży opad śniegu słabo jest związany z podłożem, mamy obawy przed zsunięciem się z jakąś deską śnieżną i ostrożnie pokonujemy, coniektóre nachylenia. Dochodzimy do spadzistego kominka, który kończy się w leju stromego żlebu. Kawałek skały pozwala na założenie stanowiska, z którego asekurowani powoli schodzimy. Wchodzimy na obydwa wierzchołki Rohacza Ostrego. Zastanawiamy się jak pokonać kolejny ostry płytowy odcinek. Pionowe urwiska skalne z obu stron, podcięte płyty – jedyna droga ostrzem przysypanym śniegiem.
Robię stanowisko w wystającej stalowej kotwie i popuszczam linę Darkowi forsującego okrakiem skalno-śnieżnego konia. Gdy przechodzi zakłada stanowisko, kotwicząc drugi koniec liny. Rozwieszona poziomo lina służy jako poręczówka, do której wpinamy się lonżami i przechodzimy newralgiczny odcinek. Pokonując szereg bloków skalnych schodzimy stopniowo granią w dół. Chowamy linę i wyciągamy sznurki lawinowe. Dochodzimy do stromego zbocza, na którym w całkowitej mgle tracimy kierunek. Zastanawiamy się czy iść w zboczem w dół w prawo bądź w lewo. Trawers zbocza może okazać się zbyt niebezpieczny, a schodzenie w dół może nas doprowadzić do jakiś podciętych miejsc nad Jamnickimi Stawami. Pada propozycja rozdzielenia się i poszukania właściwego zejścia na Jamnicką Przełęcz. Darek idzie trawersem na lewo, wraca i mówi, że robi się tam coraz stromiej wydaje mu się, że dalej to już urwiska i „lufa”. Mgły i chmury ani na chwilę nie odsłaniają dalszego planu. Wyciągam mapę i próbuję sobie przypomnieć przebieg grani na tym odcinku – musimy schodzić blisko krawędzi. Po chwili dochodzimy na przełęcz gdzie robimy przerwę śniadaniową. Otrzymujemy kolejną prognozę pogody „…na stronie deszczowa chmurka ale na grani to pewnie będzie walić śniegiem”. Podchodzimy zboczem na Wołowiec. Momentami mgła taka, że przysłania buty – zlewa się całkowicie z białym podłożem. Nie mam pewności czy idę granią czy nawisem. W zasadzie mogę zamknąć oczy, sonduję kijkiem teren jak niewidomy. Pod wierzchołkiem mgła się na szczęście przerzedza, momentami widać zarys grani Rohaczy. Na Wołowcu witamy ojczysty kraj, robimy pamiątkowe zdjęcie i ruszamy dalej. 
Idziemy wzdłuż granicy polsko-słowackiej w kierunku Dziurawej Przełęczy. Nawisy dość spore – staramy się trzymać od nich w bezpiecznej odległości. Wchodzimy na wierzchołek Łopaty, z której podążamy w kierunku Niskiej Przełęczy. Momentami zapadamy się za kolana. Zakosami pniemy się na Jarząbczy Wierch. Podejście spore a zmęczenie daje znać o sobie. Na szczęście śnieg jest wywiany. Sam wierzchołek znajduje się kilkadziesiąt metrów od głównej grani – odbijamy i wchodzimy na niego. W dali zza mgieł wyłania się wyższa Raczkowa Czuba (Jakubina). Podążamy w kierunku Jarząbczej Przełęczy. Mgła znów gęstnieje i widoczność spada. Grań robi się dość wąska i stroma, osuwający się śnieg potęguje uczucie niebezpieczeństwa. Częściowo skalistą granią około 17:50 dochodzimy do sporego wypłaszczenia przed Jarząbczą Przełęczą.
Zastanawiamy się czy szukać we mgle dalszej drogi czy rozkładać namioty – wybieramy to drugie. W zapadającym się śniegu wykopujemy miejsca pod namioty osłaniając je przed ewentualnym wiatrem. Na kolację standardowo „chiniol” ale za to na śniadanie odkładam puree ziemniaczane ze smalcem. Po kolacji standardowo spoglądamy na mapę – wow! – jesteśmy już za półmetkiem :). Odbieram smsa z Chatki na Pietraszonce: „Wiosna zaczyna się w poniedziałek 20.03.2006 o godz. 19:26; dacie rady przejsc?” – dobre pytanie – po tej informacji mam ochotę tylko na sen.
 
 

Sobota, 18.03.2006

Poranek powitał nas standardową: pochmurną i mglistą pogodą. 
W trakcie gotowania posiłku chmury częściowo ustępują i wychodzi słońce – najwyraźniej pogoda się poprawia. Odsłania się widok na otoczenie Zadniej Doliny Raczkowej, nad którą górują potężne szczyty Starorobociańskiego Wierchu i Raczkowej Czuby. Pełni optymizmu, co do pogody wyruszamy o 8:20. W drodze na Kończysty Wierch zapadamy się po kolana. Jednak od Starorobociańskiej Przełęczy idzie się już znacznie lepiej. Podchodzimy wywianym stokiem na Szczyt Starorobociańskiego Wierchu. 
Po raz drugi tej zimy staję na jego wierzchołku. Słońce grzeje coraz bardziej zamieniając śnieg w ciężki i mokry. Na nasłonecznionej grani zapadamy się po kolana a czasami wpadamy po pas. Z Przełęczy Gaborowej (Raczkowa Przełęcz) wchodzimy na Siwy Zwornik i dalej przez Liliowy Karb granią na Bystry Karb (Bystra Przełączka). Urozmaicona skalnymi czubami i bulami grań pokryta jest sporymi nawisami śnieżnymi, których staramy się nie deptać. 
W podejściu na Błyszcza dogania nas podnosząca się mgła – to chyba koniec słonecznej, sobotniej pogody. 
Zgodnie z planem z Błyszcza odbijamy na Bystrą położoną w grani bocznej. W drodze spotykamy stado kilkunastu kozic wyjadających wywianą spod śniegu trawę. Zwierzęta ustępują nam, gdy zbliżamy się do nich na kilka metrów. Stajemy na wierzchołku Bystrej – najwyższym szczycie Tatr Zachodnich. Widoków zero – gdzie nie spojrzeć mgła. Odbieram orientacyjną sms’ową prognozę: ” ….pogoda raczej bez zmian, możecie więc liczyć na siebie no i na TOPR”. Wracamy na Błyszcz i schodzimy na Pyszniańską Przełęcz. Po nawoływaniach we mgle odnajdujemy się na przełęczy, gdzie robimy przerwę na posiłek. Żegnamy znakowany szlak i wywianym stokiem podchodzimy na Kamienistą. Robimy spacer piękną granią szczytową przypominającą krater wulkanu. Nawisy nie pozwalają się zbytnio zbliżyć do jej krawędzi. Opuszczamy uroczy wierzchołek i skalistą granią schodzimy na Hlińską Przełęcz. Wyraźnymi skałami przechodzimy obok wielkiego, grzbietowego rowu tektonicznego, omyłkowo idziemy nimi za daleko. Słaba widoczność, a w zasadzie jej brak po raz kolejny każe nam główkować czy idziemy dobrą drogą czy może jednak nie. Staram sobie przypomnieć jakieś szczegóły topografii tego odcinka. Coś mi jednak podpowiada, aby wrócić się i pójść drugim ramieniem grzbietu. Korygujemy błąd i stromym skalnym grzbietem pniemy się na wierzchołek Smreczyńskiego Wierchu. Stajemy na obydwu jego wierzchołkach. Schodząc szerokim zboczem w kierunku Smreczyńskiej Przełęczy znajdujemy porzucony namiot. Przygnieciony i zawiany śniegiem wygląda na pozostawiony tu spory czas temu. Około 18:30 dochodzimy do wypłaszczenia przełęczy gdzie po wykopaniu w śniegu platform rozstawiamy namioty. Spoglądając wieczorem na mapę zauważmy spory postęp w przebytym odcinku. Są szanse, że wygramy wyścig z nadchodzącą kalendarzową wiosną.
 
 

Niedziela, 19.03.2006

Wstajemy standardowo wcześnie, czyli minut kilka po piątej, nawet budzik nas już nie musi budzić. Na zewnątrz znów prześladująca nas mgła. Topimy śnieg, gotujemy herbatę i jedzenie. Składamy namioty i wyruszamy kwadrans po ósmej. Mgły na szczęście opadają odsłaniając rozległe widoki. W promieniach słońca podchodzimy na Tomanowy Wierch Polski. Po zmrożonej skorupie idzie się dość przyjemnie jednak co jakiś czas nie wytrzymuje naszego ciężaru i zapadamy się po kolana. Na szczycie Tomanowego podziwiamy dookolną panoramę.
Możemy tylko żałować, że nie mieliśmy takiej widoczności w poprzednich dniach na grani – grani, którą teraz widać bardzo dobrze. Śledzimy drogę, którą będziemy musieli pokonać z Tomanowej Przełęczy. Lawiniaste zbocze pod Stołami i poszarpana grań ciągnąca się na Ciemniak nie zachęcają do dalszej drogi. Schodzimy na Tomanową Przełęcz – najniżej położoną w głównej grani Tatr – początkowo dość ostrą granią, która później przechodzi w rozłożyste zbocze. Po drodze wchodzimy na wierzchołek Suchego Tomanowego Wierchu. 
Na przełęczy wskakujemy w uprzęże i wiążemy się liną. Śniegu tu sporo, kosodrzewina przykryta całkowicie wystają tylko co większe drzewka. Śnieżnym zboczem pniemy się ku górze. Słońce rozmiękło śnieg, przez co zapadamy się po kolana a czasami i głębiej. Próbujemy podejść bliżej wystających skał gdzie jest mniejsze prawdopodobieństwo zejścia lawiny. W pewnym momencie jesteśmy jednak zmuszeni wytrawersować do skał. Z zaniepokojeniem spoglądamy w górę stoku i po kolei przechodzimy niepewny odcinek. Lawirując wśród skał dochodzimy na wierzchołek grani Stołów. Częściowo skalnym grzbietem przechodzimy na Małą Przełączkę. Przytępione raki nie trzymają się już tak dobrze zalodzonych skał i czasami puszczają. W żlebie pod Tomanowymi Rzędami widzimy ślady świeżych lawinisk. Z Małej Przełączki wdrapujemy się na skalne wypiętrzenie. Idąc tędy poprzednio musieliśmy spiętrzenie obchodzić trawersując strome żlebiki co przy obecnych warunkach śniegowych byłoby dość niebezpieczne. Po kolejnym męczącym podejściu osiągamy wierzchołek Ciemniaka, robimy pamiątkowe zdjęcie. 
Chcemy odpocząć jednak wieje, więc schodzimy na Mułową Przełęcz gdzie powinno być spokojniej. Na suchej skale odpoczywamy wygrzewając się w słońcu. Chowamy linę i uprzęże. Na Krzesanicy spotykamy pierwszą turystkę, zamieniamy kilka zdań i schodzimy na Litworową Przełęcz. Od Ciemniaka warunki śniegowe znacznie się polepszyły, więc posuwamy się dość szybko. Śnieg jest wywiany i twardy. Wchodzimy na kolejne szczyty Czerwonych Wierchów: Małołączniak i Kondracką Kopę rozdzielone Małołącką Przełęczą. Na Kondrackiej Kopie rzucam propozycję odbicia z grani i udania się na Giewont, gdzie po powrocie rozbilibyśmy namioty gdzieś niedaleko. Wygrywa jednak chęć dzisiejszego dojścia na Przełęcz Liliowe i zakończenia przejścia grani.
Z Przełęczy pod Kondracką Kopą wchodzimy na Suchy Wierch Kondracki, za którym wchodzimy w trawers stromych skał. Trochę żałujemy wybrania tego wariantu gdyż robi się coraz stromiej a niżej po słowackiej stronie widoczne są świeże obsuwy mokrego śniegu. W napięciu, w zapadając się mokrym śniegu trawersujemy kolejne metry grzbietowych skał. W okolicach Suchych Czub postanawiamy jednak iść grzbietem. Skalnym kominkiem wdrapujemy się na wierzchnie skały. Grań dość ostra w początkowej fazie napotykamy na skalno-śnieżnego konia którego trzeba przejść okrakiem. „Lufa” w obydwie strony więc wyciągamy linę. Stromą granią dochodzimy na wierzchołek Goryczkowej Czuby, gdzie chowamy linę.
Słońce zachodzi i robi się coraz zimniej. Schodzimy na Goryczkową Przełęcz Świńską, z której wchodzimy na Pośredni Wierch Goryczkowy. Czuję się już dość zmęczony, a droga na Kasprowy jakby się wydłuża. W ciemnościach przez Goryczkową Przełęcz nad Zakosy wchodzimy na Kasprowy Wierch. 
Chwila odpoczynku, słodycze i herbata z termosu przywracają mi siły. Spory wiatr jak również hałas pracujących ratraków zniechęca do dłuższego odpoczynku. Schodzimy na Suchą Przełęcz i podążamy dalej na szczyt Beskidu. Spotykamy Roberta i Darka Jaźwca, którzy już wracają z przełęczy, zamierzają udać się na nocleg do Murowańca gdzie jak mówią czeka na nich złocisty płyn. Szymon i ja wolimy jednak spędzić kolejny nocleg na grani, jakoś nas nie ciągnie do cywilizacji. Wchodzimy na Beskid – ostatni dwutysięcznik w grani Tatr Zachodnich. Po kilku minutach schodzimy na Przełęcz Liliowe kończącą nasze zimowe przejście Głównej Grani Tatr Zachodnich. Kilka minut po dwudziestej ucieszeni, zmęczeni, w świetle księżyca gratulując sobie „przybijamy piątkę”. Znów zrobiliśmy kawał dobrej nikomu niepotrzebnej roboty. Dumni i szczęśliwi wracamy do miejsca, które wcześniej upatrzyliśmy na rozbicie namiotu. Popijając zwycięską herbatkę ślemy znajomym smsy i odbieramy gratulacje.
 
 

Poniedziałek, 20.03.2006

Przyzwyczajeni do wczesnego wstawania budzimy się skoro świt. 
Na zewnątrz piękna bezchmurna, słoneczna pogoda. Świnica aż kusi, aby podążyć ku niej, niestety nasz czas w górach się kończy i pora wracać do domu. Po posiłku zwijamy namiot i przez Beskid podążamy na Kasprowy. Piękna pogoda, więc i na Kasprowym sporo narciarzy. Żegnamy się z granią i przez Myślenickie Turnie schodzimy szlakiem do Kuźnic. Szymon wraca pierwszym autobusem, ja jednak mam ochotę przespacerować się przez Zakopane i wracam trochę później. Pierwsze minuty kalendarzowej wiosny witam już w Gliwicach.
 
 

Uczestnicy:

Szymon Sazanów (AKT „Watra”),
Dariusz Jaźwiec,
Robert Warmons,
Dariusz Kandzia (AKT „Watra”).

Tydzień dzikich wód, Poprad-Dunajec 2003

 

„Wąziutkie nasze łodzie, przypięte łańcuchem,

Lekko mkną po Dunajcu sennym jakimś ruchem,

I tak modrawą falę przecinają gładko,

Jakby ptactwa wodnego żeglujące stadko …”

M.Konopnicka

 

„Nie wyrywaj się z gościny,

Gdy Cię losy tam zawidą,

A z powrotem puść się wodą,

Na Dunajcu przez Pieniny”

W.Pol

 

Jak co roku wybraliśmy się zmasakrować kajaki na Dunajec 🙂 i jak zawsze udało nam się to zrobić. Tym razem połowa ekipki (w składzie: dwa grubaski Rośki, jedna Rośkówna i Mrozo) pojechała nieco wcześniej, aby zaliczyć cały Tydzień Dzikich Wód, zaczynający się od XXXVIII Międzynarodowego Spływu Kajakowy na Popradzie i skończywszy na LXII Międzynarodowym Spływie Kajakowy na Dunajcu im. Tadeusza Pilarskiego. Ku naszemu zdziwieniu Poprad okazał spokojniejszy niż Dunajec, czym byłam bardzo rozczarowana, co także uśpiło nasza czujność i w ten oto sposób już drugiego dnia zrobiliśmy super banalnego grzybka, który w dodatku był w całości sfilmowany przez jakiś Niemiaszków, których niestety nie dorwaliśmy w celu zdobycia filmiku :(… 

Wieczorami przyśpiewywaliśmy przy ognisku z klubem coś tam coś tam Gdynia 🙂 gdzie głównodowodzący gracz non stop ekscytował się, że jesteśmy z Gliwic, do których miał niewątpliwie ogromny sentyment :).. i w tak miłej atmosferze szybciutko minęło te 3 dni Popradu, po których spłynęliśmy jako jedyni pierwszym odcinkiem Dunajca ( czyli od Nowego Targu do zapory )..czemu jako jedyni? niski stan wodiczki sprawił, że zawody zaczęły się w tym roku o odcinek później, czyli od przełomu Dunajca. Ale mimo tego warto było przepłynąć się tym odcinkiem, bo mała ilość wody sprawiła, że wyszło wszystko z wody co wcześniej się pod nią kryło, czyli wszystkie ciekawe kamory, skały a nawet małe kanioniki, po których wymiatało nas czasem jak szmatkami :). Następnego poranka dotarła druga ekipka ( w składzie: Marzenka, Karol, Kuba, Maciek, Piotrek, Karolcia i Mamuśka ), którzy pędzili jak szaleńcy nie zważając na tory tudzież inne skrzyżowania 🙂 tak więc zebraliśmy się do kupy i przygotowaliśmy kajaczki do wodowania 🙂 pomachaliśmy wszyscy wiosłami na znak rozpoczęcia kolejnego MSK Dunajcem i zasiedliśmy do pojazdów, pogoda dopisywała. Na tym to odcinku, ja i Mrozo…byliśmy oznakowani… braliśmy udział w wyścigu, który omalże mnie nie zabił 🙂 na odcinku kilku kilometrów machaliśmy prawie non-stop…ale udało nam się dociągnąć do końca.

Reszta nas szybciorkiem dogoniła no i zaczęliśmy się powolutku spuszczać prądem rzeczki. Wieczorkiem na lody w Krościenku i wieczorny slalomik i kimonko. Następny dzień był znacznie ciekawszy booo mieliśmy istne śledztwo….. znowu był jakiś wyścig więc my to dymaliśmy ile się dało, no i nie zważywszy na resztę pognaliśmy i czekaliśmy przy sztucznym torze na Gulke z Karolem i Piotrka z Karolcia a ich ani widu ani słychu, tak więc wraz ze szpiegiem Mamuśka, Tomciem – Prosiakiem – Maciorą pojechaliśmy na poszukiwania zagubionych 🙂 nooo i po długich poszukiwaniach odnaleźliśmy zguby 🙂 siedzieli w krzakach z dziurawymi kajaczkami, przemoczeni do suchej niteczki – nooo ale dopłynęli szybko i sprawnie 🙂 ale warto też wspomnieć o niezłej akcji ratunkowej, którą przeprowadził Mrozo i Ja, udział brał w niej również nawalony gość, którego trzeba było ratować, jego kajak – składak i kamor 🙂 Jego towarzysz spłynął z prądem rzeki, a on przytulił się do kamienia, z którego próbowaliśmy go sciagnać…co sie po jakimś czasie udało… Następnego dnia spływaliśmy już ostatnim odcinkiem do Nowego Sacza…zajęliśmy bodajże 13 miejsce?? ale warto było się znowu popluskać w wodach Dunajca :))).

 

Ania „Liberaavis” Rosiek

uzupełnił:

Krzysztof „MasterMrozio” Mrozowski

 

 

Udział wzięli:

1.team

Ania „Liberavis” Rosiek (AKT)

Krzysztof „MasterMrozio” Mrozowisk (AKT – Prezes)

2.team

Marzena „Gulus” Borcuch

Karol Węgrzyniak

3.team

Piotr Buszko

Karolina ……..

4.team

Maciej Rabsztyn (AKT)

Kuba ……….

5.ekipa techniczna:

Wacuś Rosiek

Mamuśka

Tomcio „Maciora” Rosiek

 

 

Dlaczego jeżdżę w góry?

Coś we mnie pragnie aby tak się stało. Nie, nie chce mi się nic na ten temat czytać. To rzeczy gotowe, a w tym kierunku czeka na mnie coś nowego. Droga.

Pytanie tak bardzo banalne, ale od jakiegoś czasu uczepiło się mnie i już. No dobra już powiem o co mi chodzi:

 

 

Dlaczego jeżdżę w góry?

 

Wydawało mi się, że wszystko jest jasne, że tak łatwo dokończę zdanie – „jeżdżę w góry bo…”. Ale nie. Oto jadę sobie stopem, wreszcie udaje mi się przejechać trasę Nowy Sącz – Limanowa. Toczy się rozmowa z sympatycznym kierowcą o pogodzie, słońcu, tym upływającym lecie, ludziach, życiu, bogu. No tak, w takiej atmosferze musiało paść pytanie – „po co jeździsz w góry?” Moje odpowiedzi to wspinały się na wzniesienia, brały ostre zakręty i zjeżdżały w dół. Tak dojechaliśmy do Limanowej ale nie do sedna odpowiedzi. Mówiąc szczerze była noc, ani się gdzie przespać, ani nic złapać na dalszą drogę no i gdzie ta odpowiedź? Przecież do górskiej ciężkiej cholery jest to coś istotnego w moim życiu, a ja nie wiem dlaczego tak jest. Co mnie ciągnie, czego szukam, po co noszę ciężki plecak w nocy nieraz w deszcz i mróz? Od tych pytań dostaję gęsiej skórki. To nie jest pisanie opowiadania, chcę dojść do odpowiedzi. Czy to w ogóle możliwe?

Minęło lato, za nim jesień i już zacznę nudzić pisząc o trwającej zimie. Pytanie się ostało. Widziałem je w oczach mojej dziewczyny – takie śmieszne, błyszczące „dlaczego?” Zwracało się do mnie w zdumieniu spotykanych ludzi, w zawadiackich docinkach wioskowych pijaczków, w ironicznych uśmiechach mijanych kobiet. A ja szedłem w góry. Ale co to znaczy? Ciągle to pytanie, ale trzeba spróbować odpowiedzi.

 

HERBATA

 

Jest coś równie banalnego jak góry – herbata. Tysiące herbat – gatunki, smaki, aromaty i gustowne naczynia do tego. Gdy sięgam pamiącią wstecz do encyklopedi umysłu z hasłem herbata jawi mi się jednak coś zupełnie innego. Oto herbata; ugotowana na ognisku, w okopconym kociołku. Noc, może mroźno. Bucha kłąb pary i nie widać nawet kiedy może się przelać z kubka. Pijesz ją z początku pospiesznie parząc usta. Czujesz ziemisty i wędzony smak napoju. Nie, nie jest smaczna ale to jest herbata. Czy wiesz jak się robi herbatę w górach? To bardzo żmudne zajęcie z ceremoniałem daleko bardziej wyrafinowanym niż japońskie zwyczaje. Ja zaczynałem od Księżyca, tak od tego który tak jakoś zawsze wywabił mnie na górską wędrówkę. Potem była droga. Idę nią, może wieje wiatr, a ja pochylam głowę i idę. Myślę o tym co zostawiłem, potem o tym do czego idę. Gdzieś zawsze rozbłyska myśl o ognisku i pojawia się herbata. Nie myślę o tym jak i kiedy ją zrobię, ale ona już jest, tak jakby czekała na mnie. Na prawdziwą górską herbatę (nie mylić z herbatą po góralsku) składa się światło Księżyca, piasek przebytej drogi, dar wiekowego lasu w postaci kilku suchych gałęzi. Potem ogień scala to wszystko, cienie na ścianach bacówki odprawiają szamańskie tańce no i jest herbata. Jest ona biletem kupionym na pociąg, tą herbacianą myślą po drodze. Wszystko co spotkałem po drodze składa się na górską herbatę. I to jest prawdziwa górska herbata. Czułeś kiedyś smak takiej herbaty?

 

 

 

PLECAK

 

Ach te wspaniałe plecaki, przedmioty dumy noszone na plecach! Kordura, kieszonki zewnętrzne i wewnętrzne, troki dosłownie na wszystko, regulacja na każdy krąg kręgosłupa oddzielnie. A mój plecak weteran to nie to co się nosi, ale to w czym się nosi. 

Oto pakowanie. Mam mieszkanie, kilka półek ubrań, na szafce markowe kosmetyki, a ja muszę się spakować czyli zabrać wszystko to co jest niezbędne. Kiedy plecak jest już spakowany mimo swojego dużego ciężaru ogarnia mnie pewien niepokój. Czy wszystko wziąłem – no tak śpiwór, kociołek i zapałki. To tak mało w porównaniu z moim mieszkaniem i tym całym ogromem bardzo potrzebnych rzeczy. Przecież nieraz brałem ten plecak i byłem gdzieś w górach przez weekend, tydzień, miesiąc… . Taki plecak, wszystko co naprawdę niezbędne zebrane w jedno i jest tego akurat tyle aby dało się nosić. Nie za lekko, nie za ciężko, tak w sam raz. Dziwne kto tak to sprytnie obmyślił. Będąc w mieście zdarzało mi się coś zgubić, coś znaleźć. Doskonałość pakowania sprawiła, że mimo wielu przepakowań, pospiesznych przesiadek i wielu przebytych dróg nigdy niczego nie znalazłem ani nie zgubiłem. W doskonałości nie ma na to przestrzeni.

Plecak stał się moim przyjacielem, a ja stałem się przyjacielem dla plecaka. Czy można być przyjacielem rzeczy? Chyba tak, jeżeli widzi się je takimi jakimi są naprawdę. Nie czyni się ich przedmiotem swojej zamożności, nie chowa się za szybą szacunku i oszczędzania. Jak można nie lubić czegoś co wykorzystuje w pełni na to, na co zostało stworzone. To coś w pełni, w sposób absolutnie doskonały pomaga nam w realizacji swego celu. Bajki? Czy plecak to krasnoludki? Cóż, ja byłem w górach, gdzie nieraz najbardziej fantazyjne rzeczy były bardziej realne niż smród przypalonej pulpy. Nawet plecak ma swój cel i do niego dąży, takie swoje plecakowanie. Czym są naprawdę rzeczy i do czego służą?

 

DZIEŃ W GÓRACH

 

Tyle rzeczy dzieje się w górach, ale pierwsze co spotykam zaraz po przebudzeniu to cisza.

Zawsze, nawet gdy wiatr świszcze przez szpary bacówki. Nigdy zaraz nie chce się wstawać choć by słoneczko zachęcało do wyjścia. Na razie dzieje się przebudzenie. Nie musisz się spieszyć i tak zawsze wstaniesz o właściwej porze. Często mój zegarek lądował na dnie plecaka do czasu powrotu. Spóźnienie grozi ci tylko poza górami, bo autobus, bo praca… . Jest jedno słowo najlepiej oddające stan towarzyszący przebudzeniu – błogość. Wiesz, że jesteś u progu całego dnia, że musisz rozpalić ognisko, zrobić coś do jedzenia i się spakować i może już nieopatrznie wymyśliłeś sobie dokąd masz pójść. Wobec tej ciszy to cię nie przytłacza, nie wywołuje gorączki pośpiechu, po prostu uznajemy oczywisty fakt, że co się ma stać to się stanie i już. W końcu samo przychodzi – wstajesz – chcesz wstać! Czy to nie piękne – chcesz wstać. W górach bardziej chcę niż muszę. Takie samo chcę, bez chcę bo. Chcę wstawać i wstaję. Chcąc czegoś naprawdę jestem w tym całkowicie i nie potrzebuję już niczego więcej. Znający swoje uczucia wiedzą, że stąd już tylko jeden krok do radości.

 

Wszystko dalej toczy się naturalnie – wstawanie przechodzi w ognisko, ognisko w ciepłą herbatę, herbata w pakowanie a pakowanie w drogę. Tak jak noc przechodzi w dzień, zima w wiosne a ciepły dotyk twojej ręki w uśmiech na naszych twarzach. Trudno doprawdy pisać o kolejności wydarzeń. Jest to tak splecione, że wyodrębnianie działań wydaje się nierzeczywiste. Drzewa w lesie ale nie las. Raczej jest to pewien zamknięty cykl – dzień w górach. Zaczynasz w śpiworze i kończysz w śpiworze. Każdy dzień witasz i żegnasz w blasku ogniska. Czemu? – by wszystko wypełniło się do końca, chociaż i koniec jest nierzeczywisty.

W górach bez trudu dociera do nas jaki to jest dzień (nie myślę o dacie przecież jestem w górach daleko od miasta). Czuje się czy to zima, deszcz, czy dzień pełen słońca i pogodnej łaskawości. Wszystko dostrojone jest do tego co się dzieje. W mieście bywają dni pracowite, dni na sprawy wizyty, zakupy. Wszystko to robię aby… . To nie są działania same w sobie pełne. Gdy pytam siebie czego chcę od tego dnia w górach, czasem silę się na na jakieś uzasadnienie, ale najprawdziwsze wydaje się banalne – nic, żeby po prostu był.

 

SAMOTNOŚĆ

 

Przyznaję się lubię samotność. Wyjazdy w góry prawie zawsze prowadziły do samotnści. Trudno pisać o samotności, samotność się przeżywa. Pierwsze zdziwienie budzi dlaczego chce mi się iść z tym plecakiem na tę górę, a drugie zdziwienie – sam? Cóż, myślę że to pożyteczne zajęcie budzić w ludziach zdziwienie, przynajmniej ja bardzo sobie cenię ludzi mogących wywołać u mnie ten stan. 

Przyznaję się wstydzę się swojej samotności. Czuję to, gdy pytają mnie przyjaciele – „na jak tam było?” Może faktycznie powinienem z kimś chodzić. Jest z kim pogadać, ktoś zawsze rzuci ciekawy pomysł, ktoś ci pomoże. Łatwiej się odpowiada na to pytanie. Wiesz, jak wtedy wracaliśmy z Górowej i Krzychu został w restauracji…, a jak Gosia nie wzięła śpiwora… . Niestety, gdy ja wracam otwieram usta by coś powiedzieć w odpowiedzi, no bo tyle się wydarzyło, i milczę. Jak wyrazić to co przeżyłem w samotności? Słowa to nie samotność. Samotność natomiast łatwo rodzi milczenie. Właściwsze określenie to raczej wyciszenie i wsłuchanie. Stan otwarcia i przyjmowania oraz najgłębszego wglądu w naturę rzeczy.Tylko milczeniem tak naprawdę mogę opowiedzieć o mojej samotności. Dziwię się ludziska, że jestem sam, a ja dziwię się ludziom, którzy nie mogą być sami.

Przyznaję się jestem egoistą. Lubię być ze sobą. To ja wymyślam pomysły, to ja decyduję gdzie iść i co będzie się gotowało w kociołku, a ile ciszy mam tylko dla siebie. Nie, jednak wiem, że to czasami trudne, gdy coś gryzie tak, że chciało by się uciec do ludzi, pogadać, zapomnieć…

Jestem ciekawy siebie, wiem na ile mnie stać, jak reaguję, jakie podejmuję decyzje, moje własne decyzje. 

Przyznaję się, tak naprawdę nie chodzi mi o samotność. Jest ona drogą nie celem. Oto od dziecka uczymy się przez poznanie. Poznajemy to co już ktoś wymyślił, zrobił, odkrył, opisał. Naśladujemy rodziców potem swoich nauczycieli, którzy uczą nas robić to co oni umią. Naśladownictwo, powtarzanie, powielanie. Dla mnie to dużo, ale chcę też czegoś więcej, czegoś poza tym. Dla mnie to nowe nie jest daleko, jest przerażajaco blisko. Budzi to we mnie największy lęk. Dziwię się? A co dzieje się w tak banalnej sprawie jak droga do pracy? Wystarczy, że zauważy się nagle ciekawą bramę za nią tajemnicze podwórko chcę pójść, ale czy tam jest przejście, spóźnię się … . W górach tyle jest szlaków – oznakowane, poprowadzą cię same. Masz podany czas, na mapie odczytasz co cię czeka. Przyznaj się po co do diabła leziesz w te nieznane ścieżki, czemu czujesz niechęć do kontrolowania wszystkiego mapą? Dlaczego jedziesz w góry, gdzie w kierunku w którym idziesz nie towarzyszy ci tłum innych ludzi, a może nawet lepiej że idziesz sam? Cóż, nie kryję sprawa staje się nieoczekiwanie bardzo poważna. Chodzi mi o drogę. Moją drogę życia. Dokąd zawiedzie mnie tutaj utarty szlak, którym przeszło już tysiące ludzi? Kiedy mnie interesuje jaki ptak śpiewa na tym drzewie, czy promienie Księżyca nie poplączą się w gęstwinie krzaków, czy wieczór przyjmie ofiarę mojego ogniska. Nikt nie chce tam ze mną iść. Może ich interesuje coś innego, może interesuje ich bycie na fali, czucie sprawy czyli podążanie z tysiącem innych ludzi. To kim jestem, mój cel i sens nie wskaże mi tłum, nie zobaczę go na plakatach reklamowych, nie usłyszę go w gwarze jarmarku ani w kampaniach wyborzczych kolejnych partii. Pozostaje mi samotność. W tym stanie w sposób naturalny nie jestem w stanie nikogo naśladować, poza tym co jest we mnie. Nie wiem czy tak jest rzeczywiście, cóż ziarno niepokoju zostało zasiane.

 

GÓRA

 

Czym jest góra? Nie mogę nawet określić podstawowego elementu w tej sprawie! Przecież nie da się powiedzieć, że tutaj to zaczyna się góra, a tu niżej to już dolina.. No tak, chodzę sobie i nawet nie wiem po czym. Dużo rzeczy w górach jest irracjonalne. Większości moich działań nie da się logicznie wytłumaczyć. To na prawdę fascynujące poczuć tak dogłębnie, że to co robie jest bez sensu – niczemu nie służy, niczego nie oczekuję, nie wypracowuję. Wchodzę na górę ale nie chodzi mi tylko o szczyt, kondycję, widoki. Nie, nie lekceważę tego ale to przychodzi samo w rezultacie wchodzenia. Ja tego nie robię mimo, że pot nie raz lał się ze mnie strumieniami. Ja sobie przebieram nogami a szczyt sam do mnie przychodzi. To tak jakoś jest, kryje się tutaj pewien paradoks i trudno w słowach oddać mi to o co chodzi. Jak wytłumaczyć komuś, że w górach im trudniej tym lepiej, że schodzenie z góry to podchodzenie pod górę (następną).

Patrzę na góry: przecież to tylko stosy ziemi i kamieni pokryte lasem lub łąkami ale nawet dresiarz dostrzega w tym coś więcej. Czuje on, że ma w sobie lub przy sobie coś z tych gór. Choćby nawet ten drewniany kij bejsbolowy. Solidny i trwały z górskiego lasu. Może skoro jemu się udało znaleźć jakiś związek z górami to może i mnie się uda.

Czym jest dla mnie góra – to zwierciadło nachylone nieraz tak bardzo, że widzę samego siebie.

I góra też mnie widzi i ten kto ją powołał do życia.

 

Porywem niepokoju wyrwany

Ruszyłem gdzie Tatr strome ściany

Gdzie grani ostra piła

Szarość dni mych przecina

Jestem wolny do lotu jak orzeł

Więc wzbijam się w pokorze

Hen na szczyt co słabych zabije

Gdzie wiodą ślady niczyje

A radość skrzy się w iskierkach

Na śniegu białych kołderkach

 

 

 

 

Piotr Majewski

 

 

Czarnohora 2000

 

08-14 lutego 2000

Uczestnicy:

Krzysiek Mrozowski

Krzysiek Raczkiewicz „Raku”

Sławek Biernacki

Witek Pietrzak

 

Rodzaj wyjazdu:

narciarstwo turystyczne,

 

 

 

szczególne podziękowanie dla DZIDY za zarażenie bakcylem turystyki narciarskiej

 

 

8 lutego:

pociągiem z Gliwic (1:14 – 7:24 ) do Przemyśla, autobusem z Przemyśla 8:00 – 12:30 do Lwowa ( czas przyjazdu zależy od postoju na granicy, uwzględnia przesunięcie czasu +1 godz.), autobusem z Lwowa 12:35 -16:30 do Iwano- Frankowska (dawniej Stanisławów), autobusem z Iwano-Frankowska 17:20 – 22:30 do Werchowyny (dawniej Żabie), nocleg w turbazie w Werchowynie.

 

9 lutego:

dojście na piechotę z Werchowyny do skrętu w Ilcia na Burkut, chcemy dotrzeć do Dzembroni, autobus ma odjazd dopiero o16:00, załatwiamy samochód z dużą pomocą ludności miejscowej, dojeżdżamy do Dzembroni, wyłaniają się ośnieżone szczyty, wyruszamy w góry początkowo z nartami w rękach, następnie tracimy 2 godziny na próby z zastosowaniem ich jako sanek, w końcu dochodzimy do miejsca gdzie jest wystarczająco dużo śniegu i zakładamy je na nogi, spotykamy kolegów i koleżanki turystów z Warszawy, schodzą z Pop Iwana od dwóch dni, pierwszy biwak w górach Czarnohory, namioty tym razem rozbijamy jeszcze na trawie.

 

10 lutego:

wyruszamy w kierunku Pop Iwana przez Smotrec, cały dzień przedzierania się przez las przynosi skutek, docieramy do granicy lasu przed Smotrecem i tu postanawiamy biwakować, Raku buduje lodowy mur zabezpieczający przed wiatrem, śniegu około 2 metrów o czym świadczy „studnia” po ognisku.

 

11 lutego:

wychodzimy ponad las, początkowo na nartach a następnie ze względu na nachylenie stoku i mocne oblodzenie zakładamy narty na plecaki,docieramy na szczyt, który wita nas chmurami i nieustającym wiatrem, co jakiś czas chmury się rozwiewają co pozwala na wypatrzenie drogi w kierunku głównej grani, a po jakimś czasie nawet na założenie nart, co jakiś czas wyłaniają się zarysy szczytu z czymś na wierzchołku, czy to tylko skałki, nawisy śnieżne czy może jednak ruiny obserwatorium na Pop Iwanie?, dochodzimy na główną grań i kierujemy się nią na południe, świetna trasa na narty, grzbiet dość szeroki, śnieg niezbyt zmrożony, na przemian w górę i w dół, powoli zbliża się koniec dnia, czyżby nocleg na grani ?, nagle dochodzimy do słupka granicznego nr.17 przedwojennej granicy polsko – czechosłowackiej a to znaczy, że szczyt już blisko, po kilku minutach trasa zaczyna się wspinać, wychodzimy coraz wyżej i nagle WOW!!!, chmury się rozwiewają i wyłania się szczyt Pop Iwan 2022 m.n.p.m. z majestatycznymi ruinami przedwojennego obserwatorium astronomicznego „Biały Słoń”, zmęczenie gdzieś znika i ogarnia nas euforia, docieramy na szczyt, zrzucamy plecaki i zaczynamy biegać na nartach dookoła ruin, pogodę mamy wspaniałą, jesteśmy ponad chmurami więc przestało wiać a do tego ten zachód słońca, nocleg wewnątrz „Białego Słonia”.

 

12 lutego:

pogoda jakże odmienna od wczorajszej : mgła i chmury, pomimo tego zjeżdżamy na nartach wzdłuż grani z Popa i po wczorajszych śladach docieramy do słupka nr.18, gdzie do grani dochodzi grzbiet Smotreca, pogoda się nie poprawia więc postanawiamy dotrzeć do bacówki wypatrzonej z biwaku pod Smotrecem, wyznaczając kierunek za pomocą kompasu zjeżdżamy z głównej grani w dolinę Dzembroni, im niżej tym widoczność się poprawia a śnieg staje się coraz mniej zmrożony, jazda jest naprawdę przyjemna, kierunek okazał się dobry bo oto daleko przed nami widać bacówkę na stoku Stepaneca, docieramy do niej dość wcześnie, więc mamy dużo czasu na jej przygotowanie do noclegu, „wygrzewanie się” w słonku i podziwianie widoków.

 

13 lutego:

czas przeznaczony na wyjazd dobiega końca, trzeba wracać, trochę szkoda bo pogoda dopisuje, ale już snujemy plany powrotu, wzdłuż potoku Dzembronia a potem wzdłuż głębokich śladów Warszawiaków docieramy do wsi około południa, tu załatwiamy „jeepa” i docieramy nim do Worochty, z Worochty pociągiem 17:15 do Iwano – Frankowska.

 

14 lutego:

z Iwano- Frankowska autobusem 0:50 do Lwowa, z Lwowa 7:20 do Przemyśla, z Przemyśla 11:33 do Gliwic, i do domu na kolację.

 

 

 

 

Informacje praktyczne:

 

Cennik

 

pociągi:

Gliwice – Przemyśl 18 zł (połówka studencka)

Worochta – Iwano-Frankowsk 2.11 hrywny/osobę

 

granica:

obowiązkowe ubezpieczenie min. 5 dni 12 hrywien/osobę

 

autobusy:

Przemyśl – Lwów 15 zł

Lwów – Przemyśl 24 hrywny

Lwów – Iwano-Frankowsk 10 hrywien (z bagażem)

Iwano-Frankowsk – Werchowyna 10 hrywien

 

pociągi:

Gliwice – Przemyśl 18 zł (połówka studencka)

Worochta – Iwano-Frankowsk 2.11 hrywny/osobę

 

„jeepy”:

Werchowyna – Dzembronia 5 $ (USD) za dowóz 4 osób z kierowcą , jeden samochód

Dzembronia – Worochta 15$ (jak poprzednio)

 

noclegi:

turbaza w Werchowynie 10 hrywien / osobę ale bez pościeli i brak wody

waluta:4,2 zł = 1 $ (najlepiej mieć jednodolarówki)

1 $ = 5,5 hrywny

 

Mapy: 

KARPATY WSCHODNIE 2 Gorgany ,Świdowiec ,Czarnohora 1:300000 Warszawa 1991 mapa z okazji IX Tygodnia Gór.

Reedycja map topograficznych WIG w Warszawie z 1933 roku arkusz Żabie 1:100000 

 

Przewodniki: 

J.Gudowski „Ukraińskie beskidy wschodnie – tom2 :Na beskidzkich szlakach (cz.1)”,Wydawnictwo Akademickie Dialog ,1997

 

 

Sławek Biernacki

El Condor Rio Colca 2008 i 2009

 

Cel: 

Zdobycie najglebszego, nieprzebytego kanionu swiata. 

 

Lokalizacja: 

Ameryka Poludniowa, Peru, Kanion Colca 

 

 

Minelo 26 lat od czasu, gdy Polacy dokonali jednego z najwiekszych odkryc geograficznych XX wieku, za takie zostalo uznane odkrycie i zdobycie najglebszego kanionu na swiecie Rio Colca w Peru. Z mysla o jubileuszu 50-lecia Stowarzyszenia AKT WATRA, jego czlonkowie postanowili uczcic rocznice znaczacym sukcesem turystyczno-podrózniczym i za taki przyjeli zdobycie górnego odcinka kanionu Colca – Cruz del Condor w Peru. Chca byc pierwszymi, którzy pokonaja dotychczas niezdobyta czesc kanionu, jedno z ostatnich dzikich i dziewiczych miejsc naszego swiata, w którym nigdy jeszcze nie stanela ludzka stopa.

 

 

Odwiedz strone wyprawy :

http://www.condor2008.pl/

 

Kaukaz 2007

 

W lipcowe piątkowe popołudnie na dworcu PKS w Katowicach czekał już Filon. Zostawiłem mu plecak i poszedłem do empiku po pokrowiec na aparat, Filon dorzucił 2 dychy i kazał kupić coś jeszcze. W końcu do Lwowa mieliśmy jechać 12h, a człowiek nie wielbłąd.  Gdy wróciłem, byli już Waldi i Darek – ekipa w komplecie.

-Ty no Dario, Waldi – weźcie się napijcie.

-Nie, to nie zdrowe!

-Jak nie zdrowe!? Sok z pomarańczy, wódka z ziemniaków. Warzywa i owoce – samo zdrowie.

W Przemyślu w środku nocy dosiadła się para Warszawiaków, później okazało się, że też jechali w Kaukaz. We Lwowie mała nerwówka, okazuje się, że na najbliższy pociąg zostały tylko bilety w klasie Lux, czyli zdecydowanie nie na studencki portfel, jednak chłopaki chcą je kupić, bo niby urlopy krótkie. Dario mówi żeby poczekać, i w końcu na 20 minut przed odjazdem pociągu okazuje się, że są też bilety na klasę kupe, co i tak robi dziurę w studenckim budżecie, ale już nie taką dużą.  Wyjeżdżamy koło 8:30, w Piatigorsku będziemy po blisko 2 dobach i 1 przesiadce.  W pierwszym pociągu super. Mamy 4-osobowy przedział, u prowadnika kupujemy piwko, na stacjach u babuszek jedzonko, które nie zawsze okazuje się jadalne. Raz z Waldusiem trafiliśmy na niewypatroszone ryby. Robimy też przegląd sprzętu. Filon wyciąga śruby lodowe, które wyglądają jak pożyczone z muzeum alpinizmu.

-Te Filon, ale czemu te twoje śruby mają tylko dwa zęby?

-Królik też ma dwa i żyje.

Na granicy celnicy przyczepiają się do darkowego paszportu, że niby zdjęcie się odkleja. Emigrant jeden ukradł paszport i swoje zdjęcie wstawił i  z zapyziałej polszy do mlekiem i miodem płynącej rassiji ucieka. W końcu jednak nas puszczają. Przesiadamy się w xxx do tego samego pociągu, ale innego wagonu. Nigdy nie zrozumiem celowości tej przesiadki tym bardziej, że nasz pierwszy wagon jechał dalej, a nasze miejsca były wolne. Czy pani w kasie nie mogła, czy nie chciała nam sprzedać biletów na całą trasę, tego się nigdy nie dowiemy.  W każdym razie przesiadamy się do wagonu plackartnego, czyli takiego zbiorowego sypialnego. Dario i Filon lądują gdzieś z przodu i sobie gaworzą z miejscowymi, a ja z Waldkiem mamy miejsca bokowe, czyli zaraz przy przejściu, na ścianie z oknami. Nie byłoby źle gdyby prowadnik i wspólnicy przez całą noc nie rozkręcali sufitu i nie wyciągali ukrytych w nim paczek. Przy tym strasznie szurali i spać się nie dało. Na stacji w Piatigorsku poznaliśmy rosyjskiego alpinistę, z którym bez problemu odnaleźliśmy dworzec autobusowy. 2 h czekania i jedziemy do Nalczika załatwić pozwolenia. W autobusie WC nie ma i Filon w potrzebie używa pustej butelki.  Nasz kolega alpinista wysiada przed Nalczykiem i przesiada się na marszrutke jadącą w stronę Elbrusa, on pozwoleń nie potrzebuje. W tym roku wypada jubileusz pierwszego wejścia na najwyższą górę kaukazu  i podobno ma być tłoczno. W Nalczyku kupujemy plan miasta, część ekipy zostaje na dworcu z tobołami. Ja z Waldusiem i Warszawianką idziemy załatwiać pozwolenia u pograniczników. Trzeba napisać podanie w 3 kopiach, oczywiście po rosyjsku. Jakoś nam nie idzie stawianie bukw. Na szczęscie jest z nami dziewczyna. Warszawianka poprosiła o pomoc żołnierzy, 2 było niepiśmiennych, ale trzeci dał radę. Chwilkę poczekaliśmy i dostaliśmy nasze upragnione bumagi, a ja jako najmłodszy zostałem starszym grupy.

Następnie ruszamy w kierunku dworca kolejowego żeby wymienić dolary i kupić bilety na powrót . W drzwiach dworca kontrola:

-PASPORT!!!

-Pażałsta.

-REGISTRANCJA!!!

-Nie mam, dopiero przyjechałem.

-A adkuda ja mam znać, że mówisz prawde? POKAŻ BILET!!!

Zasada domniemanej niewinności tu chyba nie obowiązuje-pomyślałem i zacząłem szukać biletu.

-Nie mam, został w bagażach na dworcu autobusowym.

-A to budie sztraf – powiedział uśmiechając się w końcu milicjant, myśląc, że przechytrzył polskiego studenciaka i zaraz wydrze od niego jakies dolary, czy eury.

-Pieczać, w pasportie z granicy, pieczać z datą!!!

-ygggyyy idź precz!- wymamrotał milicjant niezadowolony z tego, że nie udało mu się ze mnie zrobić przestępcy.

Na dworcu spotkałem Żenię – gościa z ekipy z Odessy. Wracaliśmy z nimi razem z Sajmonem z Czarnochory. Świat jest mały. W końcu kupujemy bilety i wracamy na dworzec autobusowy i pakujemy się w marszrutke do Tyrnauz.  Tu znów spotykamy Warszawiaków. Mówią, że registrancji na milicji się nie da załatwić. Podobno kilka km dalej, przy miejscowości Elbrus jest camping, na którym załatwiają registrancje, łapiemy 2 taksówki i w droge. 120km/h stara ładą po krętej drodze z kierowcą palącym przy tym papierosy i piszącym esemesy. Na Kampie miła atmosfera, registrancja ma być nastepnego dnia. Robimy zapasy żywności w pobliskiej wiosce Elbrus, gdzie krowy pasą się na ulicach i zamiast trawy podgryzają  smieci z płonących śmietników. Paszporty wracają do nas dopiero po południu. Jako, że camping był zaraz na początku doliny Adyl-su, w którą mieliśmy iść, wychodzimy pomimo późnej pory. Po 4 dobach od wyjazdu z Katowic w końcu idziemy w góry!

Początkowo asfaltową drogą, dalej trekingową ścieżką po ok. 4 godzinach dochodzimy do zielenej gostinicy, czyli polany biwakowej ulokowanej tuż pod morenami lodowców Baszkara i Dżantugan. Gdy w pociągu pytani o nasze cele, wymienialiśmy Dżantugana, nasi rozmówcy z podziwem kiwali głowami i mówili, że to honorna góra. No cóż, prezentuje się zacnie.  Słyszeliśmy, że w zielonej gostincy trzeba się zarejestrować u ratowników. Faktycznie przychodzi do nas miły młody gościu i zaprasza na małe co nie co, jak tylko się rozbijemy. My im opowiadamy o tatrach, oni nam o Kaukazie, popijamy jakis ichniejszy ziołowy specjał, z naszej strony żubrówka. Jeden z ratowników przez cały czas stara się naprawić palnik gazowy i raz po raz go odrzuca jak najdalej, żeby nie wybuchł mu w rękach. Nad nami gwiazdy i pokryte lodowcami góry Spać przeszkadzają nam pasące się na polanie krowy. Odganiam je kilka razy kamieniami, bo nie chcę, żeby pożarły mój zielony namiot. Warszawiacy śpią jak zabici. Rano na ich namiocie znajdujemy olbrzymią plamę po krowim siku. Ruszamy wcześnie, nasz pierwszy cel to przełęcz Gumaczi(3582m). Powoli wchodzimy na morenę, za nami prezentuje się Elbrus.  W końcu jesteśmy na lodowcu. Chciałbym się związać, ale chłopaki, mówią, że jeszcze nie. Średnio mi się to podoba. Na szczęście po chwili wyciągają sprzęt. Jako najlżejszy idę na przodku.  Średnio mi się to podoba, ale tak już będzie do końca wyjazdu. Za mną Filon, który ma za zadanie mnie utrzymać jakbym leciał, potem Waldi i na końcu Dario, który w razie czego ma budować stanowisko.  Warszawiacy idą na osobnej linie i po godzinie zawracają. Zostawili namiot  na polanie, bo kto by chciał zwijać obsikany namiot. Nie widzą szans, żeby wejść na szczyt i wrócić przed zmrokiem. My ciśniemy dalej. Na przełęczy jest dość tłoczno. Słońce wytopiło w lodowcu małe jeziorko, w którym kąpią się najtwardsi zawodnicy. Rozbijamy namioty i idziemy na pobliski Via-tau(ok. 3700m). Rano zwijamy obozowisko i ruszamy o wschodzie słońca w stronę szczytu Gumaczi(3823m). Krótki odcinek po stromym lodzie, potem już łatwo. Schodzimy na przełęcz XXX skąd trawersujemy na przełęcz Ukraina. Na trawersie Filon i Darek schodzą jeden kominek na żywca, a ja z Waldkiem korzystamy z zarzuconej za blok skalny pętli zjazdowej. Na przełęczy rozbijamy na dwóch platformach namioty, tu już jesteśmy sami i bardzo dobrze, bo nie ma miejsca na więcej osób. Wczesnym popołudniem pogoda się psuje, potem jednak znów się przejaśnia. Z Darkiem i Filonem wchodzimy na lekko na pobliski Czeget-tau inaczej zwany Lacga (4020m). Następnego dnia pogoda od rana jest nie najlepsza, we mgle trawersujemy z powrotem na przełęcz XXX i schodzimy na dżantugańskie plato. Dobrze, że z przełęczy gumachi dość napatrzyliśmy się na układ lodowca i szczelin. Adrenaliny dodaje fakt, że idziemy po terenie należącym już do Gruzji. Biwakujemy pod ścianą Dżantugana. Ze ściany sączy się jedna strużka wody i akurat  koło niej ktoś posadził klocka.

-Waldi, daj no menażke, to gówno trza jakoś wywalić.

-No co ty, ja chce jeszcze z niej jeść.

-Patrz jaki wybredny, nasrać mu do menażki i już z niej nie zje.

 

Rano lampa. Szybko wychodzimy do góry łatwym skalno trawiastym terenem, dalej śnieżne pola i… w miejscu, w którym miał być stromy zalodzony żleb, nie ma żadnego lodu ani śniegu, tylko krucha skała. Filon idzie pierwszy i ciągnie za sobą naszą linę(35m statyk), zakłada stany a my dochodzimy asekurując się z prusików.  Kilka takich „wyciągów”, kawałek prostej grani i jesteśmy na szczycie. Pamiątkowe zdjęcia i schodzimy, tzn. my zjeżdżamy, a Filon na końcu likwiduje stany i schodzi. Decydujemy się na zejście z plateau na lodowiec stromą ścianą. Nie widać żadnych szczelin, za to nachylenie spore. Robimy stany z czekanów lub/i śrub lodowych. Pierwszy zjeżdża, robi stan, zjeżdżają dwaj następni, ostatni schodzi na dwóch czekanach. Tak się wymieniamy przez 3 kolejki i w ostatniej kolejce, trafił mi się dość nieprzyjemny odcinek po wystających spod śniegu mokrych skałach, gdzie czekany bardziej przeszkadzały niż pomagały, ale jakoś puściło. Zakładamy pętle na ząb skalny i Dario pierwszy zjeżdża  do szczeliny brzeżnej. Na szczęście ma tylko kilka metrów i szybko wychodzimy na lodowiec.  Na zielenej gostinicy podchodzi do nas przewodnik i mówi, że widział jak schodziliśmy/zjeżdżaliśmy ścianą i się za nas modlił, dał nam w nagrodę po jabłku. My się modlimy za te 3 osoby, które poszły po naszych śladach. Podobno łatwiej było iść przez mosty śnieżne pomiędzy szczelinami, no ale my chcieliśmy na skróty. Nieźle się namęczyliśmy, a ktoś poszedł za nami biorąc to za zwyczajową drogę zejścia.  Po krótkim odpoczynku idziemy dalej. 2 godziny marszu dzielą nas od piwka w alpinlagierze Dżan-tugan. Tu zaliczamy imprezę z jakimiś turystami i ostatecznie kimamy nad rzeczką opodal krzaczka.

Następnego dnia suszymy się i odpoczywamy na Kampie. Nie wszystko wyschło, więc część , jak mi się zdawało bezwartościowych rzeczy zostawiłem też na noc na płocie. Nie wiem na cholerę komuś była moja rękawiczka i przepocony T-shirt, ale życzę mu syfa na klacie i brodawek na palcach. Nic to! Znajomy taksówkarz zabrał naszą czwórkę i nasze 4 wory pod dolną stację kolejki na Elbrus. W małej knajpce zostawiliśmy niepotrzebny szpej obiecując wykupić obiad po zejściu. Kolejka cholernie droga, kupujemy bilety tylko na połowę trasy, drugą część przejeżdżamy na zasadzie PKP – płać konduktorowi połowę. Ostatni krzesełkowy wyciąg obchodzimy z buta, bo na górnej stacji stoją filance i wyłudzają 20$ podatku klimatycznego.  Tempo dobre i szybko dochodzimy do prijuta. Wśród gruzów, złomu, gówna i ponad tysiąca(sic!) innych osób spotykamy warszawiaków. Wyglądają na zrezygnowanych, próbowali wejść, ale nie dali rady, źle się czują na wysokości, będą jeszcze próbować za kilka dni. My ciśniemy dalej, chcemy dojść do skał Pastuchowa, żeby mieć krótszą drogę następnego dnia. Na skałach oprócz naszych dwóch jest jeszcze tylko jeden, w dodatku też polski namiot. Widoczki wspaniałe. I nawet jest woda, więc gotowanie idzie szybko.  Pobudkę zaplanowaliśmy na 3.00. Budzimy się o 2.30, te pieprzone ciężarówki nam spać nie dają, zaraz zaraz, przecież jesteśmy w górach na 4600m!!! Co jest!? Wystawiam głowę z namiotu i widzę jak trochę poniżej naszego biwaku z ratraków wyłażą grupy zachodnich turystów. Przypominają żołnierzy desantujących się na plaży. Powiązani w tramwaje w żółwim tempie suną do góry.  A ratraki kursują góra-dół, góra-dół i zbocze pokrywa się jasnymi punkcikami czołówek. Robimy szybkie śniadanie, ubieramy na siebie wszystkie ciuchy jakie mamy i zapieprzamy do góry. Ja z Waldim wychodzimy pierwsi, Dario z Filonem trochę później się obudzili. Idziemy spokojnym tempem a i tak dwa razy szybciej niż inni i wyprzedzamy całą masę ludzi. Pierwszy postój robimy dopiero, gdy zaczyna się szarówka, jesteśmy już na trawersie.

-ale zimno!

Kilka łyków herbaty i dalej! Zaczynamy odczuwać wysokość, idzie się coraz trudniej.  Ciężko w takich warunkach się załatwić, gdy nie masz siły daleko odejść, nie ma za czym się schować, a tłum jak na odpuście.  Na przełęczy jesteśmy już po wschodzie, czekamy na Darka i Filona, przychodzą po chwili. Jesteśmy wypruci, ale w dobrych nastrojach. Strasznie mi zimno w place u stóp i ruszam pierwszy w stronę słońca.  Ciężko się wyprzedza te tramwaje turystyczne, wszyscy powiązani linami, to chyba taki chwyt marketingowy przewodników, bo trudności żadnych i lina tylko przeszkadza, z resztą po cholerę się wiązać w 1,5 metrowych odstępach? W słoneczku na sporym wypłaszczeniu ściągam raki i buty, rozgrzewam stopy i czekam na chłopaków. Staram się nie zasnąć, ale oczy same się zamykają.  Dalej do szczytu  już blisko i idziemy razem. Tu widać różne techniki chodzenia. Jedni idą pomału, równym bardzo spokojnym tempem. Inni robią kilka kroków w normalnym(nizinnym)tempie i odpoczywają. Na szczycie niestety nie ma jakichś wspaniałych widoków, robimy pamiątkowe fotki, tańczymy kaczuchy i zbiegamy w dół.  Zwijamy obóz i schodzimy niżej.  Już poniżej 4000m. Łapie nas deszcz i grad, ale na górze pełnej złomu znajdujemy sobie bardzo komfortowy schron- zardzewiałą beczkę z drewnianą podłogą. Następnego dnia dzień restowy – czyli zejście 2000m i wypoczynek. Elbrus okazał się karykaturą góry. Tłumy ludzi ciągniętych na linach jak na smyczy, którzy aklimatyzują się wyjeżdżając ratrakami do góry. Ratraki niedające spać. Tony gruzu i złomu po starych schroniskach, wyciągach i maszynach. Tony śmieci i odchodów na skałach po turystach. Dolne partie góry przerabiane buldożerami na stoki narciarskie…

Odbieramy nasz depozyt i jemy zasłużony obiad, do tego zimna baltika i jest  git.  Ciśniemy na Donguz-Orun. Biwakujemy u wylotu doliny Jusengi. Przysiadają się do nas miejscowi, popijamy, podjadamy, ogólnie to się restujemy. Jak co dzień popołudniu pogoda się psuje. Dario zapomniał o swoich schnących na słoneczku botkach i po ulewie musi je wykręcać.  Cały następny dzień idziemy w górę doliny Jusengi, ale jaka dzika i piękna ta dolina! Towarzyszy nam osiołek, na kwiecistych łąkach pasą się bez żadnej opieki konie.  Góry jak trza, a nie syf jak Elbrus. Wieczorem stawiamy namiot niedaleko moreny, ale coś nam się opis nie zgadza z rzeczywistością. Następnego dnia wychodzimy na morenę i już widzimy o co biega. Przez 35 lat od powstania opisu ramię lodowca, którym mieliśmy podążać całkowicie się wytopiło, a z głównego lodowca został jedynie lodowczyk, w dodatku fest poszczeliniony . Możemy tylko przypuszczać, która ze skalnych ścian jest lodowym polem, na które mieliśmy się kierować. Próbujemy iść jakoś na czuja, ale nic nie puszcza. Dajemy sobie spokój i rozbijamy namiot przy jeziorku koło moreny. Za cel zastępczy obieramy łatwy pagórek stojący po środku doliny.  Wysoki to on nie był, ale widoczki zacne. Następnego dnia zeszliśmy do wylotu doliny, wykupiliśmy z pobliskiego sklepu wszystkie konserwy wołowe, trochę piwa i ostatnią ucztą zakończyliśmy działalność górską.  Wracamy do Piatigorska. Dario i Waldek chcą jechać na Krym, ja z Filonem do domu, jednak do Harkowa jedziemy tym samy pociągiem. Niemiły epizod na koniec wyjazdu- milicjant się do nas dopieprzył, że co my tu robimy, że na wizach mamy napisane Moskwa i takie tam, gdzie mamy vouchery i w ogóle. Zapłaciliśmy mu słoną łapówkę i łaskawie nie wyrzucił nas z pociągu. Ech ta Rosja, na każdym kroku kontrole. Osoba kontrolowana, jest z założenia winna i musi udowadniać swoją niewinność. Człowiek musi mieć milion papierków i niech tylko jednego nie ma to już przesrane. Najgorsze jest uczucie, że pierwszy lepszy ciul w mundurze ma nad nami całkowitą władzę. Całą dalszą drogę plujemy sobie z Filonem w brodę, że nie pojechaliśmy w Alpy, bez stresu i połowę taniej.  Mimo wszystko poznaliśmy nowe, bardzo atrakcyjne góry i zdobyliśmy sporo doświadczenia.

 

Gliwice-Pietraszonka A.D 2008

Czyli babskie przejście z jedną kobietą….

Ci co chcieli (nawet bardzo), ale nie poszli: Dzidka (Ewa Czerniak), Ania Szcześniak (praca

w piątek), Łukasz Baranek (powracający koszmar minionego przejścia).

Ci co nawet nie za bardzo chcieli, ale poszli: Paula (Paulina Łyko)

Luk@sek (Łukasz Wiśniewski) podejście II

Valtharian (Szymon Rzeźniczek).

Spacer okazał się pod wieloma względami wyjątkowy, pobito klubowy rekord jeśli chodzi

o czas trwania spaceru. Był to najdłuższy spacer z Klubu na Chatkę w historii AKT Watra

– trwał 30 godzin i 2 minuty.

 

Spacerownik:

18.12.2008 r.

Wieczór pomiędzy godziną 19.00 a 21.00 – trwa wigilia klubowa, zbieranie się uczestników przejścia. Niektórzy głośno nie przyznają się że idą na chatkę piechtolotem (Paula). Inni przeżywają dramat z powodu braku chętnych i wyrażają wolę samotnego przejścia (Valtharian). Jeszcze inni bez rozgłosu i cicho mobilizowali siły do spaceru (Łukasz). Byli też tacy, którzy nie bardzo wierzyli w dojście do skutku spaceru lub w jego powodzenie. Byli i tacy, którzy pomimo wcześniejszego wykazywania chęci i długich negocjacji odpuścili sobie tą piękną formę przemieszczenia się z klubu na chatkę (Dzidka). Zostały złożone życzenia abyśmy doszli.

I ostrzeżenia, że spacerowanie bardzo boli (Baranek).

Około 21.00 cała nasza trójka, czyli Paula, Łukasz i Valtharian jest gotowa do drogi (przebrana). Paula stwierdza, że w zasadzie nie przygotowała się do spaceru i ze względu na asfaltową nawierzchnię zamierza iść w kozaczkach.

21.17 Robimy zapasy – zabieramy mandarynki i pierniczki. Ostatnie uściski, pamiątkowe zdjęcie (tak młodo się już nie spotkamy) i wyruszamy z klubu. Odnotowujemy ten czas w naszych notatkach. Pogoda nie zachęca do spaceru – mży. GPS powtarza 2 godziny do celu co brzmi bardzo zachęcająco – ale jeszcze nie wiemy w co się wpakowaliśmy.

Z góry założyliśmy ominięcie, słynących z bolesnej sławy, torów na drodze Knurów Krywałd – Knurów Szczygłowice.

23.42  Jak tam nogi i pogoda (ducha oczywiście)?;-) pozdrowienia ze Spirali:)

23.54 Pierwszy postój już za Gliwicami, na przystanku autobusowym Knurów-Szczygłowice. Na razie idzie dobrze. Czuję się lekko senny, to pora kiedy najlepiej mi się zasypia (Valtharian). Wcinamy coś pożywnego (bułki z kotletami) i bierzemy się do opróżniania napoju energetyzującego marki Vmax. Zaczyna porządnie padać, ale humory nam dopisują.

19.12.2008 r.

01.11 W Czerwionce-Leszczyny mija nas policyjny radiowóz, zawraca i zatrzymuje się przy nas.

– Dokąd się państwo wybierają? – policjant

– Do Wisły – chórek radosnych spacerowiczów

… – chwila konsternacji ze strony mundurowych

– To szerokiej drogi państwu życzę – policjant z ironicznym uśmiechem na twarzy

01.20 W tej samej mieścinie, chwilę później zostajemy zaczepieni przez poruszającego się dość chwiejnym, aczkolwiek żwawym krokiem pijaka. I pomyśleć że policjanci zainteresowali się nami, a zupełnie nie zwrócili uwagi na lokalnego czciciela Bachusa. Pijak postanowił nam potowarzyszyć i przejść się razem z nami, nie budzi to naszego entuzjazmu. Wyzwalamy nowe pokłady sił i przyśpieszmy kroku.

– Poczekajcie, dokąd idziecie tak szybko?

– Do Wisły.

– A dlaczego tam idziecie? Dla mnie są tylko dwa powody dla których warto byłoby iść: moja matka i papież. Dlaczego tam idziecie?

– Na wigilię.

– No to jest dobry powód, pójdę z wami – pijak.

Włączamy 5 bieg i zrezygnowany amator napojów wyskokowych musi dać za wygraną.

1.38 Odpoczywamy na przystanku w Stanicach. Robi się trochę zimno. Paula i Łukasz ubierają dodatkową parę skarpetek. Wcinamy lokalne wyroby garmażeryjne potocznie zwane parówkami.

2.57 Odpoczynek na kolejnym przystanku – sentymentalnym dla Łukasza. Dla wtajemniczonych „przystanek z ogniem”.

4.20 Skrzyżowanie. Tablica informuje na prawo Pszczyna na lewo Pszczyna. Skręcamy w lewo i ku naszej radości dochodzimy do Żor. Krótki postój na fotkę na rynku (jeszcze mamy ochotę na takie ceregiele).

4.40 Wkraczamy na „Wisłostradę”, którą na dobre opuścimy dopiero wieczorem. Zwiększamy szybkość, w końcu to droga ekspresowa. Ktoś mi mówił, że Żory to połowa trasy, szybko poszło (Valtharian). Oczywiście były to złudne marzenia, to była dopiero jedna trzecia drogi.

5.06 Doczłapujemy do stacji benzynowej Shell, gdzie popijamy w spokoju napoje energetyzujące, Vmax czyni cuda. Łukasz stosuje pierwszy (choć nie ostatni) plaster na odciski.

6.10 Docieramy do prawie już legendarnej pierogarni leżącej przy „Wisłostradzie” za Żorami. Postanawiamy zrobić tu dłuższy rest. Bez żadnych oporów wykładamy nasze przemoczone skarpetki na kaloryfer. Łukasz i Valtharian biorą podwójne porcje pierogów, które są ciężkie do zmiażdżenia. Oczywiście herbatkujemy.

7.40 Po długich oporach i wzajemnej motywacji, opuszczamy ciepłe, przytulne wnętrze.

Na dworze jest już widno, widzimy drogę przed nami (a droga długa jest ….).

8.41 Kolejny sms od grupy wsparcia z Gliwic;)Trzymamy kciuki i już wysłaliśmy podanie żeby ktoś wyłączył ten śnieg! (podanie nie dociera nadal pada)

10.20 Po drodze szukamy jakiegoś miejsca, żeby się choć trochę osuszyć i napić czegoś ciepłego. Skracamy sobie troszkę drogę brodząc w podmokłym i bagnistym lesie (teraz wszyscy jesteśmy równi bo każdy ma mokro w butach – Paulina). W końcu trafiamy do jakiejś eleganckiej knajpki w Zbytkowie, gdzie patrzą na nas trochę wilkiem (chyba śmierdzimy). Herbatkujemy. Chcemy podsuszyć sobie skarpetki na kaloryferze, ale obsługa wyłącza nam ogrzewanie. Udaje nam się jednak dostać od nich parę woreczków foliowych. Paula i Łukasz konstruują a la kalosze. Piszemy rozpaczliwe smsy o kąsek ciepłego ciuszka może ktoś się zlituje…

10.47 Nie wiem jak Kub,a ale Mikołaj jedzie wieczorem dopiero, potrzebujecie pomocy? Ja nie mam teraz samochodu może rowerem…

11.10 Ruszamy dalej. Idziemy cały czas w marznącym deszczu, a każdy mijający nas tir pozostawia na nas wszystko co ma pod kołami. W pewnym momencie Łukasz ma ochotę pobiec za jednym tirem, który szczególnie hojnie nas ochlapał.

– Może siądziemy na chwilę – Łukasz

– Tak siądźmy, to świetny pomysł – Valtharian

– Idźmy dalej, jak siądę to już nie wstanę – Paula

13.00 Jemy obiad w restauracji „Kasztanek”, około 8 kilometrów przed Skoczowem. Jest smacznie, nie drogo i TV w cenie. Śledzimy przygody bohaterów serialu. Podsuszamy się. Sytuacja nie jest łatwa, jesteśmy zmęczeni, mokrzy i mamy wszystkiego dość Chociaż dla mnie mokre ciuchy to już jak druga skóra (Paulina). Łukasz ma odciski na pół stopy. Już od Żor bolą mnie stawy biodrowe, marzę o Ben-gayu, którego nie mamy (Valtharian). Dzwoni Mikołaj

z informacją, że do celu zostało nam zaledwie 38,5 km, podnosi nas na duchu, ale Łukasz rezygnuje.

13:26 Elo jak sie spaceruje trzymam za was kciuki żebyście doszli na chatę cali niekoniecznie zdrowi. Aha pamiętajcie o skansenie 😀

14.25 Odstawiamy Łukasza na przystanek, sam wraca do Gliwic. Doszedł o krok dalej niż rok temu.

15.35 Docieramy w końcu do tabliczki z napisem Skoczów, po przejściu bardzo męczącego odcinka, z zwężającym się ciągle poboczem, sypiącym śniegiem z deszczem, zapadającym zmrokiem i masą tirów na drodze.

15:46 Hej, i gdzie jesteście? Kupiłem wam żarełka na dwie porządne pulpy;)

16.00 Wcinamy pierniczki w ciepłej poczekalni na dworcu PKS w Skoczowie. Ludzie jakoś tak dziwnie się na nas patrzą. Uzupełniamy zapasy jedzenia i wody, rozpuszczamy tabletki :D. Idąc dalej postanawiamy wykorzystać szlak rowerowy do Wisły, aby nie poruszać się dalej „Wisłostradą”. Nadwiślański park jest zupełnie nieoświetlony i bardzo monotonnie ciągnie się przez wiele kilometrów. Droga do Ustronia dłuży nam się nie miłosiernie. Zdaje nam się przez cały czas, że na za kręcie stoi jakaś postać, to chyba pierwsze halucynacje.

17:26 I jak tam zdobywcy Pietraszonka już na horyzoncie?;-) drepcząc w drodze do Ustronia treść smsa brzmi jak ironia.

19.00 Postój na herbatkę i cafe american w restauracji Wrzos w Parku Zdrojowym w Ustroniu. Nie zatrzymujemy się tu długo, jest już późno, a do chatki mamy jeszcze „hektar”. Valtharian zmienia buty na suche treki i zakłada stuptupy, Paula dalej walczy w kozaczkach.

20:09 Jak tam seriale i pierogi? Trzymta się! Chwałę i nieśmiertelność na forum macie zapewnioną:) właśnie robimy dla Was sałatkę:) będzie na śniadanko, serwus

21.05 W końcu mijamy tabliczkę z napisem „Wisła”. Na okazanie radości z tego faktu nie mamy siły, ale i powodu, gdyż daleka droga przed nami. Mijamy „Gołębiewskiego” rozmyślając

o tym jak dobrze byłoby tam wskoczyć na masażyk i jacuzzi.

21.55 Na zakręcie, przy wejściu na główny deptak Wisły spotykamy się z Niekasią, Edytą, Martą

i Mikołajem. Dostajemy od nich suche rękawiczki, co jest niezwykłym doświadczeniem po tylu godzinach w rękawiczkach przemoczonych i zamarzających. Ekipa z czerwonej mazdy stwierdza, że jesteśmy w dobrym stanie i dojdziemy. Żal mi się trochę robi jak odjeżdżają,

a my musimy się wlec dalej (Valtharian). Dalej posuwamy się już bardzo powoli, przekąszając coś na jakimś przystanku. Przydałby nam się balkonik do przesuwania się do przodu. Oboje cierpimy na ból stawów biodrowych. Zaczynam panikować, że nie dojdę (Valtharian).

Docieramy do Głębiec, zaczynamy szukać wejścia na szlak prowadzący na Kubalonkę. Wiedząc, że Walik i Dzidka szli tędy jakieś 30 min wcześniej staramy się iść po śladach. Szybko je gubimy, bo śnieg pada i pada i pada. Jakąś godzinkę błąkamy się po lesie jednak

po parokrotnych konsultacjach u Walika stwierdzamy, że już koniec błąkania wchodzimy

na szlak i odwołujemy ekipę ratunkową, która po nas wysłali.

23:07 Hejo! kolejna porcja otuchy co by starczyło Wam na finisz, terminatory jedne. Dajecie dalej.

20.12.2008 r.

03.19 Ostatni etap i mała zamieć śnieżna usiłuje nam przeszkodzić w dotarciu do Chatki. Dochodzimy do chatki na Pietraszonce, po 30 godzinach i 2 minutach akcji. Witają nas winem musującym najwytrwalsi Kuba, Niekasia, Dziku i Baranek. Pani prezes osobiście robi nam grzanki z serem.