I Święto Chatki

 

Decyzją uczestników zimowiska międzysemestralnego w 1969 r. postanowiono w II sobotę i niedziele lutego obchodzić Święto Chatki, jako, że rok wcześniej odbyła się w Chatce pierwsza impreza AKT-owska. Kulminacyjnym więc punktem zimowiska miało być Pierwsze Święto Chatki.

Powstał od razu Komitet Święta w składzie: Jacek Nabzdyk (kierownik zimowiska) i Szwagry (tj. Franek i Kazik). Ich marzeniem było kupienie na tę okazję 3 kur lub gęsi. Niestety, mimo wielkich starań wszystkich obecnych nie udało się zdobyć ani jednego ptaszyska. Dopiero w piątek po południu jeżdżący na nartach przy Chatce zauważyli, że z Istebnej idzie Jacek, niosąc pod pacha żywą gęś.

Okazało się, że argumentem, dzięki któremu jakaś baba sprzedała gęś było zapewnienie, że do Chatki mają przyjść księża z Istebnej (co zresztą odpowiadało prawdzie).

Ponieważ Jacek niósł ową gęś aż z Istebnej, więc można sobie wyobrazić, jak wyglądały jego spodnie i sweter (Jacek nie dał gęsi nic na wstrzymanie). Ptaka na noc zamknięto w szopie, by go podtuczyć. Nazajutrz rano Jacek zabił gęś, wypuściwszy krew do miski – na ten widok jedna z koleżanek wyraźnie zzieleniała. Następnie zaczęło się skubanie – wokół Chatki latało potem przez 3 dni pełno pierza. Później opalono nad świeczką, aż gęś sczerniała.

Po oskubaniu okazało się, że gęś jest bardzo, bardzo chuda, ale to nic – Jacek ją wypatroszył, nabił odpowiednio przyprawionym tatarem i zaszył. Potem gęś się gotowała, a Jacek pilnował, czy odchodzi już skrzydełko. Kiedy to nastąpiło, wrzucono ją do brytfanny i zaczęło się pieczenie. A gęś pęczniała i pęczniała – wydawało się, że pęknie.

Okrąglutką gęś włożono na noc do piekarnika – niestety rano znaleziono skórę poprzebijaną kośćmi – tak zdążyła znowu gęś schudnąć przez noc.

W niedzielę rano wszyscy udali się na Stecówkę, by tam wysłuchać mszy odprawianej na intencję „studentów z Pietraszonki”.

Ponieważ w grupie było kilku ministrantów (zresztą już byłych), więc postanowiono służyć do mszy. Wybór padł na Franka i Jacka. Ponieważ nie było kamażek tak wielkich rozmiarów, więc koledzy ci usługiwali księdzu w swetrach. Kaziu jako były oberministrant stał na chórze i fachowym okiem obserwował trójkę przy ołtarzu. Trzecim był oczywiście X. Alojzy Drozd, wzrostu raczej nikłego (ok. 160 cm) przy naszych chłopcach.

Po mszy był w Chatce obiad, potem zmywanie i przygotowania do uroczystej kolacji, na która mieli przyjść XX. Drozd i Tomczak. Niestety nie przyszli, więc gęś zjedzono, (zostawiając na wszelki wypadek dwa udka), wypaliło co było (a piwa było „trzi krzinki”) i wśród uciechy spędzano czas.

Około północy piątce: Lucyna, Tolek, Franek, Olek i Zenek zachciało się iść do groty na Gańczorce. Uwzględniwszy, że w ciągu dnia napadało ok. 1,5 m świeżego puchu, nie było to wcale wesołe.

Po wejściu na Czumówki Olek i Zenek zawrócili, a pozostała trójka zaczęła się drzeć na Gańczorkę.

W grocie Tolek zauważył (sic!!), że w kozaczkach ma gołe nogi, bo zapomniał ubrać skarpetki. Gdy wreszcie wrócono do domu, nastąpiło suszenie się, picie herbaty i pójście spać.

A nazajutrz Franek i Jacek wybrali się na probostwo na skata. Grając całą noc, Jacek wygrał ok. 20 zł, Franek tyleż przegrał, a X. Tomaszek – wyszedł na swoje.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *