CANOE – Pireneje 1980

Śląska Akademicka Wyprawa Kajakowa

lipiec – sierpień – wrzesień

W wyprawie na górskie rzeki Pirenejów wzięło udział 11 osób:
Andrzej ADAMIECKI kierownik wyprawy
Andrzej PARTYKA zastępca kierownika
Henryk CHROSZCZ
Marek DĄBROWSKI
Tadeusz GALISZ
Krzysztof GLINIANOWICZ
Jarosław GOSZCZYŃSKI
Edward JACHNIK
Maciej KALISZAN filmowiec
Zbigniew RYNCZUK kierowca
Roman SABO
Wyprawa dysponowała samochodem ciężarowym STAR 200 z przyczepą na kajaki.
W trakcie wyjazdu przeprowadzono penetrację rzek w Górach Kantabryjskich i Pirenejach oraz zwiedzano miasta Hiszpanii, Francji i Włoch.
A oto wrażenia z jednego dnia wyprawy, spisane przez Andrzeja Partykę…

Nad Ubaye

Nad Ubaye znaleźliśmy się całkiem przypadkowo. Skierowali nas tutaj przygodnie spotkani Francuzi. Zaintrygowała nas wiadomość, że zwykle trenuje tam kadra francuska. Rzeka ukazała się nam w malowniczej scenerii ośnieżonych Alp. Trzysta, a może czterysta metrów poniżej drogi wpływała, a raczej wpadała kaskadami do jeziora, kończąc się równie gwałtownie jak się zaczęła 40 km powyżej, wypływając spod czapy lodowca.
Pojechaliśmy „Zochą” 25 km wyżej i tam zeszliśmy na wodę. Płynęło nas tego dnia sześciu. Pomimo ostro świecącego słońca było dość zimno.
Woda wbrew przypuszczeniom nie była klarownie czysta – między kamieniami osadzał się muł. Już na pierwszy rzut oka wydawała się bardzo zimna – bo i miała nie więcej niż 5 stopni.
Po krótkiej odprawie wsiedliśmy do kajaków i od razu zaczął się młyn. Rzeka nie przypominała żadnej za znanych nam dotychczas. Ogromny spadek przekraczający 5% (!) oznaczał, że co kilkadziesiąt metrów zjeżdżaliśmy w szaleńczym tempie po najeżonych głazami pochylniach, uskokach, progach. Maksymalna koncentracja – spadek był tak duży, że przed żadnym progiem nie było widać, co będzie dalej.
Staramy się jednak spływać ostrożnie, nie wysiadając z kajaków, ale chowając się we wszystkich możliwych cofkach. Zaledwie dwa czy trzy razy wysiadamy, by sprawdzić, co tak pieni się i huczy przed nami. Szybkość wody obłędna, pomimo to wywrotki dosyć rzadkie. Jakoś nikt nie kwapi się do kontaktu z przeraźliwie zimną wodą.
Płynę jako drugi, ubezpieczając płynącego przede mną Andrzeja. W pewnym momencie coś go rzuciło w górę, w dół, zamachał rozpaczliwie wiosłem i… przeszedł. – Nie jest tak źle – pomyślałem, i już byłem w środku młyna. Najpierw jeden „walec” z boku, potem kilka uderzeń na przemian z jednej i z drugiej strony, wpłynięcie pod minimalnie złym kątem w rynnę między głazami… Rozpaczliwe podparcie.
Wiem, że muszę się położyć. Błyska myśl o eskimosce, dostaję kamieniem po ręce, wypuszczam wiosło, równocześnie woda wyrywa mi kajak spod tyłka. Miliony iskier na ciele – jestem w wodzie. Brr!
Walka dopiero się jednak zaczęła. Przypadkiem chwytam wiosło, udaje mi się także nie stracić kontaktu z kajakiem. Zaledwie kilkanaście metrów trwała moja podróż we wodzie.
Miałem szczęście. Następny za mną Krzysiek, widząc co się dzieje, „dostał skrzydeł” i… przefrunął. Mniej szczęścia miał Marek, wpadł na kamień i niesłychanie efektownie wyleciał nad powierzchnię wody. Dla niego płynięcie w tym dniu już się skończyło.
To samo Ted – również wywrotka. Zbieramy się do dalszego płynięcia. Okazuje się, że kajak Krzyśka jest również pęknięty.
Dalej płyniemy w trójkę: Andrzej, Jarek i ja. Robimy jeszcze z 10 kilometrów w ciągłej „trójce” i „czwórce”, po czym zatrzymujemy się przed jakimś mostem.
Po drodze zaliczyłem drugą wywrotkę – jestem zmęczony i zmarznięty. Odpoczywamy na słońcu prawie godzinę, wcinając ostatnie porcje czekolady.
Za mostem woda wydaje się spokojniejsza, ale brzegi podnoszą się nagle, tworząc ponury kanion. Widzimy trzy czy cztery grupki Francuzów, którzy wysiadają na brzeg po przeciwnej stronie rzeki, ładują kajaki na samochody i odjeżdżają. Rozmawiamy z jednym z nich.
Oceniają rzekę do tego miejsca na 3 i 4 stopień trudności, co zgadza się zresztą z naszymi odczuciami. Twierdzi, że dalej jest 5 i 6. Zastanawiamy się, czy płynąć dalej. Andrzej chce płynąć, ja się waham. Jarek zostaje ze względu na stan kajaka.
Wpływamy w kanion we dwóch…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *